C’est la fin, mon cher.

Posted in Książę on Sierpień 23, 2011 by emerencjanna

Tym razem intuicja mnie nie zawiodła.

Książę został ojcem. Bynajmniej nie za moją sprawą. Szczęśliwą mamusią jest… tak, kobieta zwana tutaj Koleżanką. Wszystkie niejasne podejrzenia okazały się być prawdą. Wmawiałam sobie tyle czasu, że nie są razem, że nic ich nie łączy, biorąc za dobrą monetę fakt, że nie widuję ich razem. A tu taka niespodzianka.

Jedni mówią, że dziecko jest śliczne. Inni, że podobne to mamy. Dziwne, bo przecież to się wzajemnie wyklucza.

Wyraźnie i boleśnie zdałam sobie sprawę z ilości straconego czasu. Z ilości niepotrzebnie wylewanych łez. Ze wszystkiego. Jestem przeraźliwie wręcz wściekła, jakby zaraz coś w środku miało mi eksplodować. Nienawidzę jego, nienawidzę jej, nienawidzę ich obojga. Tyle dziewczyn wokół niego, niektóre tak ładne i tak mądre, że byłabym w stanie zrozumieć, dlaczego wybrał właśnie je, a on robi dziecko Koleżance, która może poszczycić się tylko pyskatym charakterem i powierzchownością mało urodziwej gimnazjalistki. Idiota. Ślepy idiota. Nie jestem ideałem, nie byłam i nigdy nie będę, ale co takiego ona ma, czego nie mam ja?

Chociaż i ja nie lepsza. Trzy lata bezmyślnie wpatrzona w niego jak w obrazek, naiwnie wierząca, że coś kiedyś z tego będzie… Jak głupiutka nastolatka. Czego ja, kurwa mać, oczekiwałam? Bajki z happy endem? No to mam. Bajkę, ale z finałem zdecydowanie tragikomicznym. Główna bohaterka tak długo ociągała się z postawieniem spraw na jedną kartę, że postanowiły rozwiązać się same. I – teraz będzie najlepsze – ona z jednej strony go nienawidzi i pragnie zrobić mu jakąś bolesną krzywdę, ale z drugiej gdzieś w głębi serca jest jej go żal, bo w tak beznadziejny sposób przerąbał jedną z najlepszych szans w swoim życiu.

To jest koniec.

Ironia losu – to wszystko wypadło akurat na okres porządkowania wszystkich swoich spraw. Czeka mnie niedługo poważna zmiana w moim życiu, dlatego zamykam w mniej lub bardziej udany sposób różne niedokończone wątki. Ten mi nie wyszedł, zdecydowanie. Chociaż na dobrą sprawę domknięty jeszcze nie jest. Brak w nim epilogu. Spotkania, wyznania prawdy, bezlitosnego wygarnięcia i wylania na niedoszłego kochanka wszystkich żali niczym ścieków. Nie wiem, czy kiedyś to nastąpi. Z przerażeniem odkryłam, że jest mi to w pewnym stopniu obojętne. Ale z drugiej strony śmiem sądzić, że gdy nadarzy się taka okazja, spalę ten most do końca. Albo lepiej ujmując wysadzę. Z hukiem.

Tak naprawdę to tylko tego dzieciątka szkoda. Z takimi genami po ojcu i matce w dorosłym życiu będzie albo głupie albo parszywe.

Nie mówcie mi, żebym się nie przejmowała, że „tego kwiatu jest pół światu”. Dzisiaj za takie słowa strzelam bez ostrzeżenia w ryj. Ale jeśli wspomnicie coś, że nie był mnie wart, to się zgodzę. Zdecydowanie nie był. I chciałabym, żeby – cytując zdanie z jakiegoś portalu z mądrymi frazami – kiedyś, gdy mnie spotka, pomyślał: „Kurwa. Szkoda, że ciebie nie chciałem”. Tylko gdy już dojdzie do tego wniosku, będzie dlań zdecydowanie za późno. I byłoby mi bardzo miło, gdyby go zabolało minimum tak, jak mnie boli teraz. Taka nierychliwa, ale pewna sprawiedliwość.

Spierdoliłeś swoje życie, drogi Książę. Wybrałeś żabę zamiast księżniczki. I całowanie nic tu nie pomoże, to nie ta bajeczka. Musisz teraz tego swojego płaza przełknąć. A będzie kwaśny, oj bardzo.

Bridge over troubled water

Posted in Inni panowie, Książę, Smutki codzienności on Czerwiec 27, 2011 by emerencjanna

Ironia losu – gdy jesteś już dostatecznie pewny, czy tam nawet prozaicznie rzecz biorąc zdesperowany, żeby spalić mosty, okazuje się, że wszystko sprzysięga się, żebyś nie mógł.
Taka kara za odwlekanie decyzji przez lata czy co? Przecież już dostałam nauczkę.

Jakaś cisza przed burzą. Cienki lód, kruche szkło. Dwie sekundy przed trzęsieniem ziemi. Ludzie jakoś dziwnie się zachowują. Może i oni chcą spalić jakiś most? Tylko może być bardzo przykro, gdy okaże się, że ten mosteczek łączył ich ze mną.

Bye bye, baby

Posted in Inni panowie on Maj 12, 2011 by emerencjanna

Pamiętacie może jeszcze Sindbada? To dość stare dzieje. Początki mojego bloga, czyli jakieś trzy lata wstecz. Zauroczenie, z którego nic nie wyszło. Pomyślałam – skoro on mnie olał, to i ja oleję jego. Tak też zrobiłam. I trochę zapomniałam aż do dzisiaj. Bo czego to ja się dowiaduję? Ożenił się. I to już ładne kilka miesięcy temu. Oczywiście z czymś, co jest brzydsze ode mnie. Heh. Taka domena moich panów – zawsze biorą sobie za żony coś, co po młodzieżowemu nazywa się pasztetem. Nawet na pewnym portalu społecznościowym widziałam taką grupę: „Jak widzę twoją dziewczynę, to mam ochotę dać ci bułkę do tego pasztetu”. Bardzo to pasuje do tego, co widuję.

Ale wiecie co? Nie smuci mnie to zbyt ani nie złości. Przynajmniej nie w takim sensie, jak zwykle. Sindbad nie będzie mógł mnie objąć w mojej wysmukłej talii. Nie będzie mógł gładzić po łabędziej szyi, płaskim brzuchu ani zgrabnym, kształtnym biuście. Dotykać moich jedwabistych, miękkich, lśniących w słońcu włosów ani gładkiej jak u nastolatki twarzy też nie będzie mógł. Kto tu jest stratny, widać na pierwszy rzut oka, więc jedyne, co mnie może smucić, to fakt, że… przejebałeś świetną okazję, panie Sindbad 😉 Bo co jak co, ale od swojej podobnej do spranej ścierki małżonki nigdy tego wszystkiego nie otrzymasz.

Ha ha, aż sobie wyobraziłam, co to będzie, kiedy się spotkamy. Będzie chciał położyć rękę na moim ramieniu czy coś takiego, a ja mu na to ze złośliwą satysfakcją: „Przepraszam, ale nie pozwalam się dotykać ŻONATYM mężczyznom”. Oj, cień żalu w tych jego słodkich oczach gwarantowany. Kiedyś zrobię to tym wszystkim głupcom, którzy mnie nie chcieli.

It’s not my…

Posted in Po prostu życie, Smutki codzienności on Maj 9, 2011 by emerencjanna

Pogubiłam się. Nie po raz pierwszy i nie ostatni – można by rzec. Tylko dlaczego zawsze wtedy, kiedy udaje mi się wreszcie odkryć i obrać właściwą drogę, jakaś niespodziewana siła brutalnie mnie z niej zrzuca?

Chodzę sobie między ludźmi jak dawniej, ale jestem jak wielkanocna wydmuszka. Zupełnie pusta w środku, chociaż z kolorową skorupką. Chyba wszystko, co miało dla mnie jakąś wartość, wysypało się i zgubiło po drodze. I już nie wróci, a na pewno nie takie, jakie było. Jakby na przekór właśnie teraz pragnę wszystko poukładać, żeby chociaż wyglądało na takie, jak dotychczas. A może na takie, jakie mi się marzyło od zawsze? Nie wiem, nie wiem, nie wiem. To taka chaotyczna szamotanina, którą próbuję ukryć. Raczej skutecznie, bo tylko ci, którym coś tam przebąknęłam, cokolwiek zauważyli. No i dobrze. Im mniej ludzi wie o tym, tym lepiej. Także dla mnie.

Zaś na koniec tak z zupełnie innej beczki – za dwa dni miną trzy lata, jak prowadzę sobie ten mój zakątek łez i schowek na „czarny osad z duszy”. Czy coś się zmieniło przez ten czas? Na pewno. Samo posiadanie takiego „wentylu bezpieczeństwa” sprawiło, że lepiej zaczęłam ogarniać mój prywatny bałagan, a i od czasu do czasu wpadała jakaś dobra rada, którą potem wykorzystywałam lub nie. A jak to jest z tym naprawdę, to wiecie chyba tylko wy, moi nieliczni czytelnicy. Których swoją drogą w tym miejscu pragnę pozdrowić i wyrazić uznanie, że są jeszcze w stanie to wszystko czasami czytać.

Maybe…

Posted in Inni panowie, Po prostu życie on Kwiecień 11, 2011 by emerencjanna

Czas leczy rany, mówią. A kto wie, może tych ran tak naprawdę nigdy nie było?

Po raz pierwszy od dawna mieliśmy z Panem Kolegą okazję na dłuższą rozmowę. Od czasu grudniowego incydentu zdążyliśmy się już parę razy spotkać, ale to tak przelotem, przypadkiem, bez chwili na gadanie. Na temat owego zajścia nie zeszło, zgodnie z taktyką, żeby nie przypominać i nie wypominać (chociaż jeżeli on zacznie, to będzie szczera, ciężka rozmówka). Ale mimo to doszłam do paru istotnych wniosków. Przede wszystkim do takiego, że wbrew moim obawom w żaden sposób nie zaważyło to na naszych relacjach. Ba, nawet mam wrażenie, że doszło do przełamania pewnych jednak obecnych wcześniej lodów i teraz może być już tylko dobrze. Nie wiem, jak to inaczej wytłumaczyć. Tak po prostu czuję, jakby ta relacja między nami się wzmocniła, bez skręcania w kierunku erotycznym. A poza tym… Kurczę. Aż głupio się do tego przyznać, nawet nie tyle anonimowo na blogu, co przed samą sobą. Coraz częściej przyłapuję się na tym, że żałuję, iż nie spotkaliśmy się te parę lat wcześniej i że nie jesteśmy wiekowo parę lat bliżej siebie. Moglibyśmy być naprawdę fajną parą. Dostrzegam u niego wiele rzeczy, których oczekiwałabym od Księcia i których od niego nadal nie otrzymuję. Podejście do życia mamy zbliżone. Trzymamy się ziemi, ale często bliżej nam do nieba. Podobam mu się jako kobieta. Akceptuje mnie taką, jaką jestem, bo wychodzi z założenia, że ludzie są piękni takimi, jakimi zostali stworzeni. A nie tak, jak u Księciunia, że się gimnastykuję, próbując mu dogodzić, a on nic. Zero reakcji. Kłoda. I najważniejsze – jestem coraz bardziej pewna, że gdybym pewnego dnia przyszła do niego i wyznała, że zabiłam człowieka, on by się spytał, gdzie go ma zakopać.

Jezu. Żeby się tylko nie okazało, że Pan Kolega – mąż i ojciec – to facet mojego życia. Ta pierdolona druga połówka pomarańczy, której tak szukam i znaleźć nie mogę. Ale to by było. Nie dość, że od dawna był obok, to jeszcze od dawna należał do kogoś innego. Nie-boska pomyłka. Ale nie, mam nadzieję, że jednak nie. Że to tylko przyjaciel. I aż przyjaciel.

Niejasne podejrzenia

Posted in Książę on Marzec 6, 2011 by emerencjanna

Niejasne podejrzenia to coś, czego wam nie życzę. Naprawdę. Potrafią człowieka nieźle zdemolować.

Dlaczego mam niejasne podejrzenie, że dodatkowe kilka kilogramów u kobiety zwanej Koleżanką mogą być oznaką stanu zwanego ciążą? Dlaczego mam niejasne podejrzenie, że Książę może mieć coś z tym wspólnego? Dlaczego mam niejasne podejrzenie, że w tej kwestii znowu dałam dupy? Dlaczego mam niejasne podejrzenie, że zaczyna się spełniać najczarniejszy ze scenariuszy? Dlaczego mam niejasne podejrzenie, że aby uzyskać odpowiedzi na wszystkie pytania, trzeba będzie skopać kilka tyłków?

To wszystko śmierdzi. Aż za bardzo.

Another one bites the dust

Posted in Książę, Smutki codzienności on Styczeń 21, 2011 by emerencjanna

Znowu zdałam sobie sprawę, że już chyba nie mam siły. I coraz poważniej zastanawiam się, czy to nie jest najwyższa pora, żeby pieprzyć wymarzone szczęście i zająć się zwyczajnym, szarym życiem. Ileż można dążyć i dążyć? Ileż można ciągnąć na pół gwizdka? Ileż można wierzyć, że da się być taką sobą, jaką chciałabym widzieć, a nie taką, jaka zazwyczaj wychodzi?

Intencje wiecznie nieprzekute w czyn. To tak… żałośnie wygląda, że gdybym wyszła z siebie i stanęła obok, byłoby mi siebie żal. Jak można, u licha, być taką zamotą?!?

Jeżeli nie zdarzy się jakiś cud, walkę o własne „ja” będzie można uznać za przegraną. Co prawda dopiero za jakiś czas, ale fakt pozostaje faktem.