Archive for the Retrospekcje i refleksje Category

Tough Enough

Posted in Retrospekcje i refleksje, Smutki codzienności on Grudzień 12, 2010 by emerencjanna

Z góry ostrzegam, dzisiaj będzie grząsko i dołująco jak za „starych, dobrych czasów” tego bloga. A wszystko to przez jakiś drobiazg, który boleśnie przypomniał mi o wszystkim.

Od dzieciństwa miałam ambicje. Myślę, że trochę zdolności też. Głównie artystycznych, ale nie tylko. W każdym bądź razie starałam się je rozwijać. Zarówno będąc małą dziewczynką, jak i podlotkiem czy tam nastolatką. Teoretycznie przy takim początku dalszy ciąg powinien być taki, że później takiej panience udaje się coś osiągnąć. Podkreślam słowo „teoretycznie”. Nie wiedzieć, czemu, już od wczesnych lat zaczął mnie prześladować syndrom, o którym coś wspominałam w notce „Zazdrośnica!” sprzed ponad roku. Tak. „Jesteś zdolna, ale to Małgosia pójdzie na konkurs”. To dobre podsumowanie całości. Bo niby wszyscy pieprzą, że okej, że masz talent, ale dziwnym trafem zawsze, ale to zawsze trafia się ktoś w mniemaniu innych lepszy, kto bardziej zasługuje na splendory i sukcesy. Równie dziwnym trafem w lwiej części są to osoby, które już wcześniej miały ich nadto. Nie bez przyczyny – tatuś i mamusia zawsze dbali o te wszystkie dodatkowe lekcje śpiewu, malarstwa, smarowania kanapek czy tam kurwa szydełkowania. I naturalnie od kiedy tylko dzieciak nauczył się sam stać pchali go na wszystkie możliwe konkursy. Wiadomo, rządek nagród, nagródek, uczestnictw i innych gówien zawsze robi wrażenie. Bo „widać, że ciężko pracowali na swój sukces”. Chuj z tymi, którzy dostali od Matki Natury to przysłowiowe 10%, a pozostałe 90 wypracowywali sumiennie w domowym zaciszu. Przecież to takie nieefektowne. Poza tym nijak nie pasowałam do idealnego wizerunku utalentowanej dziewczynki. Nie miałam na świadectwach samych piątek, nie zajmowałam sobie całego wolnego czasu kółkami zainteresowań ani harcerstwem. A przecież to tak cudownie się prezentuje, taka wszechstronnie utalentowana kujonka (co nie zmienia faktu, że moje zainteresowania były szerokie, ale niestety bezwartościowe dla tych, co „się znają”). W kwestiach pozaszkolnych też nie bardzo. Na całe szczęście nie dotknęła mnie żadna choroba ani tragedia – i to też niedobrze, bo przecież dziewczynka, która „przełamuje swoje słabości i spełnia marzenia, bla, bla, bla” doprowadziłaby do łez i spazmów tłumy jakże czułych ludzi. A tak? Przeciętniaczek ze zdolnościami. Co to jest? Przecież takich jest na pęczki.

No i jeszcze jeden feler, tym razem już z obecnych czasów – jestem za stara. Wszak uzdolniona dziewczynka w oczach publiki wygląda lepiej niż uzdolniona kobieta. Może i bym coś jeszcze mogła, ale powiem wam szczerze, że chyba nie mam siły. Słyszałam ten cały bełkot o cierpliwości, ale z racji faktu, że jestem osobą, która musi wszystko mieć już, nie przemawia to do mnie. Lata bezowocnych wysiłków robią swoje. Kiedyś myślałam, że może mi się tylko wydaje, że ja wcale nie jestem zdolna. Z czasem przyszło zupełnie słuszne przekonanie co do własnej wartości i refleksja, że to nie ze mną jest coś nie tak. To tylko ludzie są zjebani. Co niestety nie daje mi nic poza przekonaniem, że faktycznie zostałam pod tymi względami pokrzywdzona. Cóż. Sprawiedliwość i równość w naturze nie istnieją, w przeciwieństwie do tego, co mi przez lata wpajano.

Przejebane.

Stabilizacja…?

Posted in Retrospekcje i refleksje, Smutki codzienności on Kwiecień 30, 2010 by emerencjanna

Moja znajoma niedawno wyszła za mąż. Młoda dziewczyna, tylko dwa lata starsza ode mnie. I oglądając zdjęcia z jej ślubu uświadomiłam sobie, jak bardzo niepoukładane jest moje życie. To tak zwane „zawodowe” i to osobiste… Nad tym pierwszym nie będę się rozwodzić, bo i po co. Tym bardziej, że staram się nie ujawniać zbyt wielu niepotrzebnych szczegółów na swój temat. Ale zaręczam wam, że w kombinacji z moim pokręconym życiem uczuciowo-emocjonalnym to daje niezły burdel. A przynajmniej ja tak to widzę. Może to kwestia mniej lub bardziej świadomej presji otoczenia – starsze (niewiele) kuzynki mające chłopaków, koleżanki z lat szkolnych mające chłopaków (albo i czasami mężów), koleżanki z otoczenia mające chłopaków i przyjaciółki mające chłopaków! Uh. Chociaż to ostatnie dotyczy tylko Aśki (notabene wplątanej w związek z żonatym i dzieciatym facetem, ale o tym może innym razem) i poniekąd Zulki, która wprawdzie obecnie partnera nie ma, ale przecież jeszcze do niedawna związana była z niejakim Robalem. I z tego, co zrozumiałam, to nie był związek platoniczny. No właśnie. Czuję się nieco jak dziecko albo młodsza nastolatka. Zero doświadczenia (niekoniecznie w znaczeniu seksu), zero partnerów, zero kogoś do kochania. Tabula rasa, zdawałoby się. Tylko, że nie do końca. Może to i czysta karta, ale porysowana. Dorzućmy do tego jeszcze zero planów na przyszłość i macie oto obraz nędzy i rozpaczy – idealną kandydatkę na starą pannę, której w życiu nie wyszło. Zastanawia mnie, dlaczego tak jest. Czy jestem zbyt wybredna, zbyt „monogamiczna” czy… zbyt pechowa? Może ze mną coś jest nie tak? Chociaż nie wiem, co konkretnie. Nie jestem przecież ani jakimś obleśnym nerdem ani psychopatką dorabiającą w weekendy w rzeźni. Nie biję w twarz na dzień dobry ani nie reaguję na najmniejszą złośliwość podcinaniem sobie żył. Da się ze mną żyć, może nawet szczęśliwie. Tylko czemu nikt nie chce?

Jeżeli słynna teoria o dwóch połówkach pomarańczy jest prawdziwa i jeżeli gość zwany Bogiem istnieje, to chyba złośliwie turla moją drugą połówkę w niewłaściwym kierunku.

A to wszystko przez te jej zdjęcia… Co nie zmienia faktu, że życzę jej wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. Bo to fajna dziewczyna.

 

 

Guns’N Roses – Don’t cry.

Rozdroże wątpliwości

Posted in Książę, Retrospekcje i refleksje on Kwiecień 18, 2010 by emerencjanna

Niniejszą notkę piszę z „winy” kolegi Gumiora, bo swoimi komentarzami pod poprzednim wpisem skłonił mnie do zastanowienia się nad pewną istotną… dla mnie? Dla mnie i Księcia?… kwestią.

Padło takie stwierdzenie: skoro się z tym wszystkim męczysz, skoro chcesz całą tą sprawę pchnąć do przodu – po prostu powiedz mu, co czujesz. I wydaje się to być bardzo logiczne. Jasna sytuacja, koniec z niepewnością, możliwość podjęcia skutecznych działań. Wielokrotnie układałam sobie w głowie taki scenariusz. Co by było, gdybym zdecydowała mu się jednak powiedzieć. Głównie przez ostatnie lato, kiedy pojawiła się poważne niebezpieczeństwo, że się wyprowadzi do innego miasta. Ale… No właśnie, jest jakieś „ale”. Dość duże, jak sądzę. Pamiętam, że wtedy – oczywiście – radziłam się w tej kwestii Mimi i zapytałam się jej, czy by faktycznie tak nie zrobić, gdyby się okazało, że jednak faktycznie wyjedzie. Ona bardzo zdecydowanie mi to odradziła. Powiedziała: jeśli tak zrobisz, spalisz mosty. Jeżeli nie będzie odwzajemniał twojego uczucia, będzie cię unikał, jak się tylko da i stracisz jakąkolwiek możliwość kontaktu z nim. A sama wiesz, jaki on potrafi być. I tu też jest sporo racji. Chociaż moje spostrzeżenia, jakoby czasami próbował przede mną umknąć, mogą być tą typową dla kobiet (czyli także i mnie) nadinterpretacją. Ale mimo to i mimo, że minęła już kupa czasu, nie potrafiłabym podjąć aż tak drastycznego kroku. Może boję się usłyszeć czegoś, co mnie zaboli, niekoniecznie słów znaczących „kochasz bez wzajemności”? Przecież ta nasza znajomość jest w gruncie rzeczy dosyć powierzchowna. Nie wiemy, jacy jesteśmy naprawdę, chociaż ja próbuję się tego dowiedzieć. Może on też? A może po prostu jestem takim babskim Werterem. Marzę o Księciu, o tych wszystkich chwilach, które chciałabym z nim spędzić, ale nie robię nic ponadto, bo jakby tak głębiej zajrzeć, to nie interesuje mnie on sam, ale uczucie, którym go darzę. W końcu te wszystkie oskarżenia, jakobym była wyzutą z uczuć (także wyższych) szmatą nie wzięły się z powietrza… Oj. Popadam w tym momencie w przesadę i w dołek.

I wszystko sprowadza się do tego, że najlepszym rozwiązaniem każdej z kwestii byłoby „wyznanie winy”. Ale… chyba nie czuję się jeszcze na to gotowa. Tchórzę. Tradycyjnie.

Marudzonko

Posted in Retrospekcje i refleksje on Czerwiec 4, 2009 by emerencjanna

Tulić, tulić, tulić, tulić, tulić, tulić, tulić, tulić, tulić, tulić, tuuulić!…

 

… mam ochotę. Najlepiej jakiegoś miłego chłopca.

My dear friend.

Posted in Retrospekcje i refleksje on Kwiecień 14, 2009 by emerencjanna

Święta minęły mi raczej dobrze. Dziękuję jeszcze raz wszystkim za życzenia. Niby to drobiazg, ale dużo przyjemności sprawia.

 

A teraz już będzie na temat.

Mam dwie osoby na tym dziwnym świecie, które nazywam przyjaciółkami. Niektórzy powiedzą, że to bardzo dużo. Ja się z tym zgodzę. Jest Mimi i jest Pati. Rówieśniczki, ale z dwóch różnych światów. Znajomość z obiema rozpoczęła się dzięki dobrodziejstwom Internetu. Potem wyszła poza świat wirtualny. Są wymiany smsów, telefony, z Pati nawet rzeczywiste spotkania. Ale to tylko dlatego, że mieszka blisko. Gdyby i Mimi żyła gdzieś bliżej, też byśmy się spotykały… Mimi jest poważna, jak na swój wiek. Może się wydawać trochę zimna i odcinająca się od świata, ale to tylko brzydki pozór. Owszem, nie uzewnętrznia zbyt wiele siebie postronnym osobom, ale niektórym daje poznać swoje prawdziwe oblicze. Miłej, trochę drapieżnej dziewczyny, która kocha, chociaż nie wie, czy jest kochana. Może właśnie dlatego dobrze mi się z nią rozmawia o sprawach poważnych. O uczuciach, relacjach damsko-męskich, seksie… Ona wie o mnie sporo, ja o niej wiem też sporo. Jakoś łatwo jest mi się przed nią otworzyć. Mimo pewnej zadry sprzed lat, kiedy to będąc mi potrzebną, boleśnie odwróciła się ode mnie. Pewnie już dawno o tym zapomniała, ale ja niestety jestem dosyć pamiętliwa… Pati określiłam jako „przyjaciółkę od spraw błahych”. Wie o Księciu, Patryku i paru innych panach, trochę o tym rozmawiamy, ale nie potrafię jakoś być z nią stuprocentowo szczera w tej kwestii. Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że zachowuje się czasem jak pokręcona nastolatka. Parafrazując przysłowie, ukradłyśmy już niejednego konia. Z drugiej strony też kiedyś mnie zawiodła. Może nawet boleśniej niż Mimi. Ale zawsze potrafiła mnie zaakceptować taką, jaką jestem, nie wymuszając na mnie jakichś zmian czynionych wbew sobie. Mimi wprawdzie mnie nigdy do niczego nie przymuszała, ale miewam wrażenie, że czasem zdarzało jej się to mi zasugerować. Każda z plusami, ale zależy mi na nich. Obydwu. Bywam czasem nawet o nie zazdrosna. Cóż, jestem małą, pieprzoną zazdrośnicą nie tylko w sprawach damsko-męskich. Mimi w swoim rodzinnym mieście przyjaźni się z Niką i Muszką. O nie akurat jakiegoś cienia żalu nie mam, bo miałam okazję w jakimś stopniu je poznać i myślę, że są całkiem w porządku. Mam nadzieję, że się nie mylę. Zazdrość budzi we mnie Diabliczka – dziewczyna, którą poznała jakiś czas temu. Mimo paru pozytywnych cech wydaje mi się być pusta i mam poważną obawę, czy ta znajomość nie odbije się przykrym echem na mojej przyjaźni z Mimi. Pati przyjaźni się z wieloma innymi osobami z racji swoich upodobań muzycznych. Oprócz tego jest jeszcze Dzidka, którą jak najbardziej lubię i cenię (mimo pewnej scysji z przeszłości), bo to inteligentna dziewczyna i ma sporo mądrych rzeczy do powiedzenia i – co może niektórzy stali czytelnicy zauważyli – Dusia, której nie potrafię tolerować. W jej przypadku nie tylko mam obawę, że jej znajomość z Pati może źle wpłynąć na naszą przyjaźń. Boję się także, że będzie na zasadzie „z kim przystajesz, takim się stajesz”. Nie chcę, żeby mimo wszystko tak dobroduszna osoba jak Pati stała się obłudnym lizusem. O to, że Mimi może nabrać złych cech od Diabliczki, bać się nie muszę – o to, czy Pati nie stanie się podobna do Dusi jak najbardziej. Tak, przy obu boję się, czy przypadkiem którejś nie stracę. Będąc taką osobą jak ja, która nie lubi się podlizować i przypodobywać innym, ciężko jest znaleźć prawdziwych przyjaciół. Gdy już się ich znajdzie, trzyma się ich bardzo kurczowo. Dlatego zdarza mi się jeżyć na Alę. Wygląda to idiotycznie i egoistycznie, ale… myślę, że jeśli chodzi o zdobycie dla siebie odrobiny własnego szczęścia, warto być trochę egoistycznym.

I tak na marginesie. Nie wiem, czy Mimi uważa mnie za swoją przyjaciółkę. Owszem, jestem dla niej kimś ważnym, ale czy tak bardzo, jak Nika czy Muszka? Pati zaś wielokrotnie nazwała mnie swoją przyjaciółką. Czy to coś znaczy, nie wiem. Życie uczy, że słowa to banał i ułuda.

Bycie przyjacielem jest szalenie trudne i skomplikowane. Dlatego ciągle muszę się tego uczyć.

Ciekawy Człowiek

Posted in Retrospekcje i refleksje on Kwiecień 1, 2009 by emerencjanna

Był sobie ktoś. A nawet Ktoś. Taki tak zwany Ciekawy Człowiek. Jakoś tak się złożyło, że jakaś siła wyższa postawiła mnie na jego drodze (chociaż właściwie wychodzę z założenia, że siła wyższa nie istnieje). Od tego momentu możnaby stwierdzić, że jesteśmy tak zwanymi znajomymi. Mimo, że od dłuższego czasu dzieli nas spora odległość. Ciekawy Człowiek nigdy za ciekawego się nie uważał, co sugerowało wielką skromność, bo ciekawym oczywiście jest, chociaż pozornie nie różni się od innych panów, których na codzień mijamy na ulicy. A ponieważ tylko ciekawi ludzie potrafią mi zaimponować, CC mi zaimponował. Był świetny w tym, co robił. Ba, świetny – wspaniały. Niespotykany. Piękne przymiotniki mnożyć można. Ogółem on znakomicie spełniał swoją pracę, mnie się podobało i tak się toczyło kółko. Do czasu, aż wyjechał. Dopiero po jakimś czasie i – jeszcze bardziej – po spotkaniu jakieś pół roku później zrozumiałam powody. Ale mimo to tak się jakoś złożyło, że utrzymujemy kontakt, chociaż ostatni raz „na żywo” widzieliśmy się hu-hu czasu temu.

Zdarzył się okres czasu, kiedy działo się u mnie źle. Bardzo źle. Olbrzymia niepewność, groźba fatalnego zakończenia, potężna presja. Za dużo tego było jak na jedną kruchą kobietkę. Stanowczo za dużo, a wygadać się z tego nie było komu. Był za to adres CC w książce mailowej i pamięć o tym, że on niejedno już przeżył i ma na wiele spraw odmienną perspektywę niż teoretyczni „wspieracze” z otoczenia. Więc poszedł jeden mail. Drugi. Trzeci. W „najgorętszym” okresie parę ich było. Rozumiał, bo sam przechodził podobną sytuację. Zapewniał, że nie jest źle. Wreszcie zły czas się skończył (nie tak, jakbym sobie tego wówczas życzyła, ale z perspektywy czasu okazało się, że najlepiej, jak się dało) i ucichło. Sprawa poszła w zapomnienie, bo wszystko się ułożyło.

… Czyżby?

Tak myślę, że nie do końca. A przynajmniej teraz tak mi się zdaje, po dłuższym czasie od tamtych wydarzeń. Mam wyrzuty sumienia. Tak, dokładnie, wyrzuty sumienia. Ostatnio przyłapałam się nawet na tym, że żałuję tego, iż wtedy do CC pisałam. Moje ówczesne zachowanie teraz śmierdzi mi trochę narzucaniem się. Tym bardziej, że – kurczę! – ile my tak naprawdę się znaliśmy? Niewiele, myślę… Otwieranie wnętrza przed osobą nie do końca dobrze poznaną mimo zaufania, jakim się je obdarza, jest jednak trochę dziecinne. Czy on mi to zasugerował? Nie. Być może dlatego, że wobec mnie zawsze był uprzejmy. Może i wtedy wolał przemilczeć, niźli mnie urazić. Dziwne to, dziwne uczucie, jakby się człowiek zbłaźnił, a o tym nie wiedział.

Może by tak kiedyś zapytać?…