Archive for the Inni panowie Category

I’ll never be the same if we ever meet again.

Posted in Inni panowie, Smutki codzienności on 19 sierpnia, 2014 by emerencjanna

Być może powinnam dopuścić wreszcie do siebie myśl, że nie jest mi pisane szczęśliwe życie z kimś i że każdy kolejny mężczyzna, z którym mi nie wychodzi czy raczej nawet nie udaje mi się zacząć, służy wyłącznie temu, aby mi to uświadomić. Pewnie zostanę tym czarnym charakterem rodem z tandetnego filmu obyczajowego, który w finale za karę zostaje sam jak palec, otoczony słodkimi jak ulepek parami złożonymi z facetów, których kochał i kobiet, których nienawidził. Oni będą się do siebie wiecznie uśmiechać, chodzić za rączkę do modnych knajpek, płodzić sobie równie słodkie dzieci, a ja pozostanę sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem, w długie zimowe wieczory mając za towarzysza co najwyżej fotel i pilot od telewizora, nieustannie zadając sobie jedno pytanie: „Co ze mną jest nie tak?”. Wiem, że wszystko można podsumować tą pocieszającą formułką, że to oni są ślepi, głupi i nie potrafią docenić tego, co w człowieku jest najważniejsze. Ale wszyscy? Każdy, co do jednego, z tych, którym zdecydowana byłam oddać serce i całą resztę? Stanowczo za duży zbieg okoliczności.

Po każdym następnym rozczarowaniu obiecuję sobie, że to już koniec, nigdy więcej nie stracę głowy dla kolejnego dupka, który tylko mnie zrani i nie da mi nic poza tym. Tylko po to, żeby potem powtórzyć własne błędy, niczego się na nich nie ucząc.

Nie wiem, co takiego złego ci zrobiłam, panie Szpilo, że tak mnie pokarałeś.

… No, nothing.

Posted in Inni panowie, Książę, Smutki codzienności on 4 października, 2013 by emerencjanna

Jeśli kogokolwiek to jeszcze interesuje, to tak, żyję. Tylko, że chciałoby się zapytać – co to za życie? Na pewno nie lepsze od mojego dawnego i jeszcze bardziej na pewno zupełnie inne.

Wydostałam się z tego dołu, w którym tkwiłam do niedawna i przestałam się przejmować tym, czego chcieliby ode mnie inni. Niestety przy okazji pozbyłam się złudzeń. Mam wrażenie, że zrobiłam się bardziej… zgorzkniała? Nie, to złe słowo. Lepiej brzmiałoby – rozczarowana. Rozczarowana ludźmi, otaczającą mnie rzeczywistością i tymi wszystkimi ideami, które życie tak brutalnie zweryfikowało jako nic nie warte mrzonki. Co nie zmienia faktu, że nadal często rozmyślam o tych wszystkich rzeczach, które chciałabym zrobić i podobnie często do nich dążę. Może nawet bardziej, niż kiedyś?

Emocjonalnie… emocjonalnie to jest Syberia. Nie, jeśli chodzi o przyjaźnie, bo mimo napiętych grafików i odległości nadal staram się trzymać z Zulką, Bułą i Mimi, ale w kwestii uczuciowej zdecydowanie. Wiem, że to głupie i niedorzeczne, wiem, że marnuję sobie życie i nerwy bez sensu, ale nadal nie mogę wrócić do równowagi po okresie spędzonym przy Księciu. Trzy lata minęły, a ja nadal czuję jakiś dziwny żal w środku. Zwłaszcza po tym, gdy nie tak dawno spotkałam go. Myślałam, że już mi przeszło i w ogóle mnie to nie ruszy. Myliłam się, o jak ja się myliłam.

Z innych nowinek – w międzyczasie Książę zdążył wziąć ślub z Koleżanką. Ania urodziła Archie’mu drugie dziecko, Czarnulkowi i Kociookiemu ich kochane żoneczki chyba też powiły kolejnych potomków, kółeczko wzajemnej adoracji nadal włazi sobie w tyłki, Patunia zniechęca do siebie kolejne osoby, z Aldous wyszła zaślepiona femnazi, Szpila ponoć znalazł nową dziewczynę, Buła osiąga to, o czym ja mogę tylko pomarzyć… Aha, poza tym spotkałam Sindbada, ale nic z tego nie wyniknęło. Akurat to ostatnie to żadna niespodzianka.

You know what you should do.

Posted in Inni panowie, Po prostu życie, Smutki codzienności on 27 października, 2011 by emerencjanna

Dwie rzeczy.
Pierwsza – Archie będzie tatą. Druga, chyba bardziej smutna – nawet nie jest mi jakoś szczególnie smutno.

Skłamałabym mówiąc, że nie liczyłam się z tym. Skłamałabym mówiąc, że kiedykolwiek byłam naprawdę, tak na sto procent przekonana, że cokolwiek z tego wszystkiego będzie. Ale łudziłam się. Naiwnie się łudziłam, że może jednak, coś, że uda się chociaż na chwilę. Głupia. Jakbym nie wiedziała, że na odległość nie da się zawiązać czegokolwiek, nawet całkiem niepoważnego. Ech, Emi, Emi, sprawa z Mareczkiem naprawdę niczego cię nie nauczyła.

Swoją drogą – owa Ania widziana z bliska wygląda jeszcze szpetniej niż na zdjęciach. Kobyła z ptasim ryjem. A jak już urodzi, to pewnie będzie kobyłą z ptasim ryjem, obwisłym biustem i grubą dupą. Tak, znowu pocieszam się takimi myślami. Jak i świadomością, że Archie do wzorów wierności w związku nie należy, a jego życiowe pasje to muzyka, piwo i dziewczyny, zwłaszcza cudze (ha ha ha, jednak to dobrze, gdy faceci, którymi się interesujesz, ich znajomi i twoi znajomi należą do jednego kręgu, bo można się dużo ciekawych rzeczy dowiedzieć).

Nie ma co, ten mój nowy rozdział życia naprawdę fajnie się zaczął. To mnie tylko utwierdza w przekonaniu, że powinnam poświęcić go układaniu swojej przyszłości wyłącznie w aspekcie zawodowym. Żadnych facetów. Żadnych zauroczeń. Tylko papier, literki, klawiatury i wyniki. Wszystkie westchnienia, achy, ochy i inne oddam ekranowym ideałom. Jak nastolatka. Któż mi może zabronić? Tutaj przynajmniej ta jednostronność jest oczywista i stuprocentowo przewidziana.

Yes, I can!

Posted in Inni panowie, Książę, Promyczki pozytywu on 5 września, 2011 by emerencjanna

Sytuacje kryzysowe mają jedną ważną zaletę. Wyciągają z ukrycia całe stada życzliwych osób, które ze wszechmiar starają się utwierdzić cię w przekonaniu, że to nie ty jesteś przegranym, tylko ten kretyn, który cię nie chciał. To pomaga. Nawet bardzo. Chociaż może po prostu ja już jakoś pogodziłam się z tym, zanim się wszystko potwierdziło?

Wszystko jakoś zmierza ku pozamykaniu starych spraw. Spotkałam Pana Kolegę i wyjaśniła się sprawa niesławnego zajścia sprzed pół roku. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności – trochę za dużo alkoholu, pomysł na głupi żart i jakaś durna myśl, że nie jestem platonicznie bezinteresowna w kwestii tej znajomości. I wyszedł taki koszmarek. Aż się cieszę, że jednak dałam się pociągnąć za język, bo początkowo chciałam trzymać się rady od Mimi, żeby nie przypominać i nie wypominać. Jak nam obojgu ulżyło, o jasna cholera.
Dostałam też trochę pociechy i dobrych rad na to nowe życie, które niedługo zaczynam. Że taka zmiana wszystkiego w pewnym momencie jest konieczna. Że człowiek wcale szybko zaczyna to rozumieć. Żeby niczego nie oczekiwać i niczego nie planować, bo wtedy mniej jest rozczarowań. Że na pewno sobie poradzę.

Gdy spotyka się takiego kogoś jak Pan Kolega, to nagle ci wszyscy palanci, którym tylko w głowach brzuchacenie swoich żon i dziewczyn (tak się, ha ha, śmiesznie złożyło, że inny z moich dawnych „lowelasów” spłodził sobie kolejne dziecko), bledną jak coś zupełnie nieistotnego. No cóż. On jest prawdziwym facetem, a oni? Złamani frajerzy.

Bridge over troubled water

Posted in Inni panowie, Książę, Smutki codzienności on 27 czerwca, 2011 by emerencjanna

Ironia losu – gdy jesteś już dostatecznie pewny, czy tam nawet prozaicznie rzecz biorąc zdesperowany, żeby spalić mosty, okazuje się, że wszystko sprzysięga się, żebyś nie mógł.
Taka kara za odwlekanie decyzji przez lata czy co? Przecież już dostałam nauczkę.

Jakaś cisza przed burzą. Cienki lód, kruche szkło. Dwie sekundy przed trzęsieniem ziemi. Ludzie jakoś dziwnie się zachowują. Może i oni chcą spalić jakiś most? Tylko może być bardzo przykro, gdy okaże się, że ten mosteczek łączył ich ze mną.

Bye bye, baby

Posted in Inni panowie on 12 Maj, 2011 by emerencjanna

Pamiętacie może jeszcze Sindbada? To dość stare dzieje. Początki mojego bloga, czyli jakieś trzy lata wstecz. Zauroczenie, z którego nic nie wyszło. Pomyślałam – skoro on mnie olał, to i ja oleję jego. Tak też zrobiłam. I trochę zapomniałam aż do dzisiaj. Bo czego to ja się dowiaduję? Ożenił się. I to już ładne kilka miesięcy temu. Oczywiście z czymś, co jest brzydsze ode mnie. Heh. Taka domena moich panów – zawsze biorą sobie za żony coś, co po młodzieżowemu nazywa się pasztetem. Nawet na pewnym portalu społecznościowym widziałam taką grupę: „Jak widzę twoją dziewczynę, to mam ochotę dać ci bułkę do tego pasztetu”. Bardzo to pasuje do tego, co widuję.

Ale wiecie co? Nie smuci mnie to zbyt ani nie złości. Przynajmniej nie w takim sensie, jak zwykle. Sindbad nie będzie mógł mnie objąć w mojej wysmukłej talii. Nie będzie mógł gładzić po łabędziej szyi, płaskim brzuchu ani zgrabnym, kształtnym biuście. Dotykać moich jedwabistych, miękkich, lśniących w słońcu włosów ani gładkiej jak u nastolatki twarzy też nie będzie mógł. Kto tu jest stratny, widać na pierwszy rzut oka, więc jedyne, co mnie może smucić, to fakt, że… przejebałeś świetną okazję, panie Sindbad 😉 Bo co jak co, ale od swojej podobnej do spranej ścierki małżonki nigdy tego wszystkiego nie otrzymasz.

Ha ha, aż sobie wyobraziłam, co to będzie, kiedy się spotkamy. Będzie chciał położyć rękę na moim ramieniu czy coś takiego, a ja mu na to ze złośliwą satysfakcją: „Przepraszam, ale nie pozwalam się dotykać ŻONATYM mężczyznom”. Oj, cień żalu w tych jego słodkich oczach gwarantowany. Kiedyś zrobię to tym wszystkim głupcom, którzy mnie nie chcieli.

Maybe…

Posted in Inni panowie, Po prostu życie on 11 kwietnia, 2011 by emerencjanna

Czas leczy rany, mówią. A kto wie, może tych ran tak naprawdę nigdy nie było?

Po raz pierwszy od dawna mieliśmy z Panem Kolegą okazję na dłuższą rozmowę. Od czasu grudniowego incydentu zdążyliśmy się już parę razy spotkać, ale to tak przelotem, przypadkiem, bez chwili na gadanie. Na temat owego zajścia nie zeszło, zgodnie z taktyką, żeby nie przypominać i nie wypominać (chociaż jeżeli on zacznie, to będzie szczera, ciężka rozmówka). Ale mimo to doszłam do paru istotnych wniosków. Przede wszystkim do takiego, że wbrew moim obawom w żaden sposób nie zaważyło to na naszych relacjach. Ba, nawet mam wrażenie, że doszło do przełamania pewnych jednak obecnych wcześniej lodów i teraz może być już tylko dobrze. Nie wiem, jak to inaczej wytłumaczyć. Tak po prostu czuję, jakby ta relacja między nami się wzmocniła, bez skręcania w kierunku erotycznym. A poza tym… Kurczę. Aż głupio się do tego przyznać, nawet nie tyle anonimowo na blogu, co przed samą sobą. Coraz częściej przyłapuję się na tym, że żałuję, iż nie spotkaliśmy się te parę lat wcześniej i że nie jesteśmy wiekowo parę lat bliżej siebie. Moglibyśmy być naprawdę fajną parą. Dostrzegam u niego wiele rzeczy, których oczekiwałabym od Księcia i których od niego nadal nie otrzymuję. Podejście do życia mamy zbliżone. Trzymamy się ziemi, ale często bliżej nam do nieba. Podobam mu się jako kobieta. Akceptuje mnie taką, jaką jestem, bo wychodzi z założenia, że ludzie są piękni takimi, jakimi zostali stworzeni. A nie tak, jak u Księciunia, że się gimnastykuję, próbując mu dogodzić, a on nic. Zero reakcji. Kłoda. I najważniejsze – jestem coraz bardziej pewna, że gdybym pewnego dnia przyszła do niego i wyznała, że zabiłam człowieka, on by się spytał, gdzie go ma zakopać.

Jezu. Żeby się tylko nie okazało, że Pan Kolega – mąż i ojciec – to facet mojego życia. Ta pierdolona druga połówka pomarańczy, której tak szukam i znaleźć nie mogę. Ale to by było. Nie dość, że od dawna był obok, to jeszcze od dawna należał do kogoś innego. Nie-boska pomyłka. Ale nie, mam nadzieję, że jednak nie. Że to tylko przyjaciel. I aż przyjaciel.

Kiss from a rose

Posted in Inni panowie on 18 grudnia, 2010 by emerencjanna

Zastanawialiście się kiedyś, co może czuć kobieta, którą ni stąd ni zowąd całuje przyjaciel? Normalny przyjaciel, bez żadnych miłosnych podtekstów? Ja właśnie przestałam.

Poznajcie Pana Kolegę. Pan Kolega zgodnie z nazwą jest kolegą, chociaż muszę przyznać, że bardzo mu ufam. Pewnie dlatego, że był taki okres czasu, kiedy za uszy wyciągał mnie z bagna. Krótki, ale bardzo intensywny. Pozytywny efekt odczułam bardzo. Nabrałam wiary w siebie, ogarnęłam się i tak dalej. Mimo, że to było już dość dawno, nadal jestem wdzięczna i nadal utrzymujemy kontakt. Muszę przyznać się szczerze, że podziwiam go jako człowieka. Ma w sobie nieprawdopodobne dla mnie pokłady zaraźliwego optymizmu i otwartości na innych. Często myślałam sobie, że podobało mi się w nim to, ponieważ wiedziałam, że ja sama nigdy taka nie będę. Jakoś ukuła się między nami taka śmieszna relacja. Ni to mistrz i uczennica, ni to brat i siostra. Mobilizował mnie do różnych działań, ciągle mówiąc, że mimo wszystko nadal mu się wydaje, że jestem zbyt nieśmiała i zamknięta w sobie. Komplementował półżartem, na co zazwyczaj reagowałam kurtuazyjnym, lekko udawanym onieśmieleniem.

I tak to wyglądało do momentu, kiedy będąc pod wpływem w jakimś zacisznym, ciemnym zakątku zapragnął mnie pocałować. Wprawdzie zachował się po dżentelmeńsku, bo usłyszawszy odmowę przeprosił i zaczął się tłumaczyć, ale i tak byłam dość zszokowana. Potraktowałam sprawę z uśmiechem i „nie było sprawy” na ustach, ale po powrocie do domu zdałam sobie sprawę z całego zajścia, zaś jego perfumy, którymi przesiąknięte były moje włosy, bluzka, szalik, zaczęły śmierdzieć jak na psie. Nie byłam w stanie tego ogarnąć do tego stopnia, że się upiłam i w takim stanie poszłam spać.

Bałam się tego. Czasami przychodziła mi do głowy myśl o tym, ale w kategorii jakiegoś nierealnego koszmaru. Nie wiem, dlaczego aż tak to demonizowałam i dlaczego tak bardzo przeżywałam to w ten pierwszy wieczór po. Wiem, że stan wskazujący to nie żadne usprawiedliwienie, ale przecież nie takie rzeczy ludzie wyczyniają po alkoholu. Tylko że z drugiej strony czasem wódka i inne trunki działają jak katalizator, który wydobywa z człowieka różne ukryte zamierzenia i marzenia… Dlatego nadal nie wiem, co o tym myśleć. Wszak wszystkie komplementy, którymi mnie obsypywał i całe wsparcie, jakim mi służył, w kontekście tego wydarzenia wyglądają jak wyglądają. Mimi, do której oczywiście poleciałam niemal od razu po radę, zadała mi sakramentalne pytanie: na pewno nie chcesz tego rozwijać czy chcesz, ale się boisz? I, co straszne, nie umiem znaleźć na nie jednoznacznej odpowiedzi. Bo z jednej strony nigdy nie patrzałam na niego w ten sposób. To jest nigdy nie patrzałam na niego jak na mężczyznę. To zawsze był kolega. Rewelacyjny, ale jednak kolega. Opiekun, przyszywany braciszek od problemów i tym podobne. Poza tym jest ode mnie starszy. Ma żonę. Ma dziecko. Ale z drugiej strony… aż wstyd mi się do tego przyznać, ale kiedy tak staliśmy tam tak głupio przytuleni, to przez chwilę mi się nawet podobało… W dodatku po tym incydencie dojrzałam w Panu Koledze mężczyznę. Świetnego mężczyznę. Coraz bardziej podoba mi się idea sekretnego flirtu. Tylko kurczę… nie wiem, czy on naprawdę tego chce. Czy to nie będzie aby zbyt ryzykowne. U nas jest stanowczo zbyt dużo ludzi, którzy by bardzo chętnie donieśli małżonce i paru innym osobom, co i jak. Ja z racji totalnej ślepoty Księcia nie mam nic do stracenia. On ma bardzo wiele.

 

Na razie czekam. Jeśli sprawa się nie powtórzy mam zapomnieć, nie przypominać, nie wypominać. Jeżeli zaś się powtórzy, to chyba czeka nas poważna rozmowa.

Dziwnie mi i fajnie jednocześnie. Bo przynajmniej wiem, że komplementy dotyczące mojego wyglądu i atrakcyjności nie pojawiły się tylko po to, żeby mi zrobić przyjemność 🙂

Nie będę się martwić. Będę z dobrą myślą czekać na rozwiązanie.

Telegram #13

Posted in Inni panowie on 9 października, 2010 by emerencjanna

I found you, bitch!

Nie, nic się nie stało. Chyba nic. Po prostu po raz kolejny przekonałam się, że faceci cierpią na dożywotnią zaćmę. I że nie jestem taka znowu najbrzydsza. Tak, ich kobiety są gorsze 😛

Nie ma to jak małe dowartościowanie się. Za niedługi czas pewnie zostanę mistrzynią w docinkach wycelowanych w mężczyzn, którzy mieli nieszczęście wybrać inną zamiast mnie.

Weselne dzieci?

Posted in Inni panowie, Po prostu życie, Smutki codzienności on 14 września, 2010 by emerencjanna
 
Dzisiaj będę okropna jak nigdy, zaręczam wam. Ogromne pokłady wredności muszą jakąś drogą wypłynąć, bo wybuchnę i będzie problem.
 
Pani Kaprawooka jest w ciąży. Oczywiście ze swoim mężem, niejakim Kociookim. Fantastycznie, nieprawdaż? Nie wspominałam jeszcze o tym, ale pani Czarnulkowa Miss także jest w ciąży, jakkolwiek bardziej już zaawansowanej i pewnie za niedługi czas urodzi swojemu małżonkowi Czarnulkowi, tutaj zwanemu czasem też dwulicową szmatą, potomka. Jeśli dodam jeszcze, że dzieciaków podorabiało się sporo moich dalszych, nigdy nie wymienianych tu znajomych, to komentarz może wcisnąć się na usta sam – baby boom.
 
Może jestem głupia, może dziwna, a może po prostu zazdrosna (do tej wersji bym się przychyliła), ale zupełnie, totalnie tego nie rozumiem i podobnie zupełnie i totalnie mi się to nie podoba. No cóż. Naturalna kolej rzeczy, nie poradzę nic. Pewnie jak z rok poczekam, to się dowiem, że siksa Archiego (niejaka Ania, jak się ostatnio dowiedziałam) też zaszła. Jak się domyślam, najpierw pójdę się pochlastać – oczywiście w metaforycznym sensie tego określenia, bo kto by się tak za jakiegoś barana chciał ciąć? – a później pocieszę się myślą, która zawsze mi poprawia humor w takich sprawach. A brzmi ona tak: od tej ciąży/tych ciąż dostaną takiej nadwagi i rozstępów, że nawet ci ślepi idioci, których udało im się zaobrączkować, nie będą mogli na nie patrzeć 😈
Gwoli jasności – ja lubię rodziny. Lubię dzieci i chcę je kiedyś mieć (o ile znajdę jakiegoś sensownego tatusia). Ale, u licha, to chyba naturalne, że wścieka cię potomstwo, które twój niedoszły w mniejszym lub większym stopniu amant spłodził z inną babą? I tak, współczuję synkowi/córeczce Czarnulków. Bo biorąc pod uwagę geny rodziców ma wielkie szanse na to, że z wiekiem zrobi się okropnie brzydki/a.