Hangman

Długo mnie tu nie było. Dość długo. Zaczęłam zupełnie nowy rozdział w życiu, sądząc że niemal zupełnie udało mi się zamknąć stary i że gdy zajmę się wszystkim tylko nie miłościami i facetami będzie już tylko lepiej.

Nie jest.

Wydawało mi się, że teraz już będę pewna, kim jestem, dokąd zmierzam i do czego dążę. I że będzie mi to przynosić satysfakcję na tyle dużą, że zapomnę o wszystkim tym, co dotychczas tylko mnie bolało. A gówno. Jest jeszcze gorzej, niż było. Bez przerwy szarpię się, żeby utrzymać się na powierzchni. Jak ktoś, kto niemal nie potrafi pływać, a został rzucony na środek naprawdę głębokiego jeziora. Zużywam wszystkie swoje siły, żeby nie opaść na dno, a mimo to każdy dzień udowadnia mi, że jestem nikim i pozostanę nikim do końca mych dni. Cokolwiek bym nie robiła, to co dotychczas uważałam za swoje atuty i talenty, jest warte tyle, co kurz na drodze.

Zamknęłam się z sobie. Czasem spotkam się z jakimiś znajomymi, czasem z Bułą, jeśli wpadnie. Poza tym zawsze jestem sama. Siedzę w domu, czasem wyjdę na spacer albo na miasto. Nie mam ochoty rozmawiać z ludźmi. W końcu i tak nie rozumieją nawet cienia tego, co czuję i co przeżywam. Poza tym wydaje mi się, że i tak lada dzień przestaniemy się widywać, więc po co mam się angażować? Rzadko czytam książki albo oglądam filmy. Zazwyczaj jestem zbyt zmęczona, żeby się na nich skupić. Zaniedbałam siebie. Doszłam do takiego momentu, że gdy oglądam się wieczorem w lustrze, jest mi niedobrze. Nie mam pojęcia, jakim cudem te wszystkie pizdy, którymi tak gardzę, są zawsze, niezależnie od natłoku pracy, świetnie ubrane, uczesane, umalowane i pachnące, podczas gdy ja z trudem znajduję czas, żeby posmarować się głupim kremem. Nie jestem już tą osobą, którą byłam jeszcze rok temu. Nie tylko fizycznie, chociaż widzę, że zegar tyka nieubłaganie. Zmierzam w niebezpiecznym kierunku. Staję się największym wrogiem samej siebie.

Żyję chwilą, nie robię żadnych planów. Nie myślę, co się stanie za tydzień, miesiąc, pół roku. Coraz mniej wierzę, że mogę stać się kimś, osiągnąć to, o czym tak bardzo zawsze marzyłam. Coraz częściej zastanawiam się, czy nie lepiej by było, gdybym po prostu pewnego pięknego dnia zniknęła. Ot tak, po prostu, bez ostrzeżenia. Rozpłynęła się w powietrzu jak dym z papierosa. Czy ktoś zauważy? Nie sądzę. I z przerażeniem stwierdzam, że chyba wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli to wszystko będzie dalej tak się toczyć, to pewnie tak się stanie. Nie będę sobie pomagać w tym, o nie. To się wydarzy tak samo z siebie. Życie mnie rozdmuchnie na cztery strony świata.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: