Archiwum dla Maj, 2011

Bye bye, baby

Posted in Inni panowie on Maj 12, 2011 by emerencjanna

Pamiętacie może jeszcze Sindbada? To dość stare dzieje. Początki mojego bloga, czyli jakieś trzy lata wstecz. Zauroczenie, z którego nic nie wyszło. Pomyślałam – skoro on mnie olał, to i ja oleję jego. Tak też zrobiłam. I trochę zapomniałam aż do dzisiaj. Bo czego to ja się dowiaduję? Ożenił się. I to już ładne kilka miesięcy temu. Oczywiście z czymś, co jest brzydsze ode mnie. Heh. Taka domena moich panów – zawsze biorą sobie za żony coś, co po młodzieżowemu nazywa się pasztetem. Nawet na pewnym portalu społecznościowym widziałam taką grupę: „Jak widzę twoją dziewczynę, to mam ochotę dać ci bułkę do tego pasztetu”. Bardzo to pasuje do tego, co widuję.

Ale wiecie co? Nie smuci mnie to zbyt ani nie złości. Przynajmniej nie w takim sensie, jak zwykle. Sindbad nie będzie mógł mnie objąć w mojej wysmukłej talii. Nie będzie mógł gładzić po łabędziej szyi, płaskim brzuchu ani zgrabnym, kształtnym biuście. Dotykać moich jedwabistych, miękkich, lśniących w słońcu włosów ani gładkiej jak u nastolatki twarzy też nie będzie mógł. Kto tu jest stratny, widać na pierwszy rzut oka, więc jedyne, co mnie może smucić, to fakt, że… przejebałeś świetną okazję, panie Sindbad 😉 Bo co jak co, ale od swojej podobnej do spranej ścierki małżonki nigdy tego wszystkiego nie otrzymasz.

Ha ha, aż sobie wyobraziłam, co to będzie, kiedy się spotkamy. Będzie chciał położyć rękę na moim ramieniu czy coś takiego, a ja mu na to ze złośliwą satysfakcją: „Przepraszam, ale nie pozwalam się dotykać ŻONATYM mężczyznom”. Oj, cień żalu w tych jego słodkich oczach gwarantowany. Kiedyś zrobię to tym wszystkim głupcom, którzy mnie nie chcieli.

Reklamy

It’s not my…

Posted in Po prostu życie, Smutki codzienności on Maj 9, 2011 by emerencjanna

Pogubiłam się. Nie po raz pierwszy i nie ostatni – można by rzec. Tylko dlaczego zawsze wtedy, kiedy udaje mi się wreszcie odkryć i obrać właściwą drogę, jakaś niespodziewana siła brutalnie mnie z niej zrzuca?

Chodzę sobie między ludźmi jak dawniej, ale jestem jak wielkanocna wydmuszka. Zupełnie pusta w środku, chociaż z kolorową skorupką. Chyba wszystko, co miało dla mnie jakąś wartość, wysypało się i zgubiło po drodze. I już nie wróci, a na pewno nie takie, jakie było. Jakby na przekór właśnie teraz pragnę wszystko poukładać, żeby chociaż wyglądało na takie, jak dotychczas. A może na takie, jakie mi się marzyło od zawsze? Nie wiem, nie wiem, nie wiem. To taka chaotyczna szamotanina, którą próbuję ukryć. Raczej skutecznie, bo tylko ci, którym coś tam przebąknęłam, cokolwiek zauważyli. No i dobrze. Im mniej ludzi wie o tym, tym lepiej. Także dla mnie.

Zaś na koniec tak z zupełnie innej beczki – za dwa dni miną trzy lata, jak prowadzę sobie ten mój zakątek łez i schowek na „czarny osad z duszy”. Czy coś się zmieniło przez ten czas? Na pewno. Samo posiadanie takiego „wentylu bezpieczeństwa” sprawiło, że lepiej zaczęłam ogarniać mój prywatny bałagan, a i od czasu do czasu wpadała jakaś dobra rada, którą potem wykorzystywałam lub nie. A jak to jest z tym naprawdę, to wiecie chyba tylko wy, moi nieliczni czytelnicy. Których swoją drogą w tym miejscu pragnę pozdrowić i wyrazić uznanie, że są jeszcze w stanie to wszystko czasami czytać.