Archiwum dla Grudzień, 2010

Christmas

Posted in Uncategorized on Grudzień 25, 2010 by emerencjanna

Wesołych, mili panowie i panie. Po prostu wesołych…

P.S. Setny wpis na tym blogu. Hurra.

Kiss from a rose

Posted in Inni panowie on Grudzień 18, 2010 by emerencjanna

Zastanawialiście się kiedyś, co może czuć kobieta, którą ni stąd ni zowąd całuje przyjaciel? Normalny przyjaciel, bez żadnych miłosnych podtekstów? Ja właśnie przestałam.

Poznajcie Pana Kolegę. Pan Kolega zgodnie z nazwą jest kolegą, chociaż muszę przyznać, że bardzo mu ufam. Pewnie dlatego, że był taki okres czasu, kiedy za uszy wyciągał mnie z bagna. Krótki, ale bardzo intensywny. Pozytywny efekt odczułam bardzo. Nabrałam wiary w siebie, ogarnęłam się i tak dalej. Mimo, że to było już dość dawno, nadal jestem wdzięczna i nadal utrzymujemy kontakt. Muszę przyznać się szczerze, że podziwiam go jako człowieka. Ma w sobie nieprawdopodobne dla mnie pokłady zaraźliwego optymizmu i otwartości na innych. Często myślałam sobie, że podobało mi się w nim to, ponieważ wiedziałam, że ja sama nigdy taka nie będę. Jakoś ukuła się między nami taka śmieszna relacja. Ni to mistrz i uczennica, ni to brat i siostra. Mobilizował mnie do różnych działań, ciągle mówiąc, że mimo wszystko nadal mu się wydaje, że jestem zbyt nieśmiała i zamknięta w sobie. Komplementował półżartem, na co zazwyczaj reagowałam kurtuazyjnym, lekko udawanym onieśmieleniem.

I tak to wyglądało do momentu, kiedy będąc pod wpływem w jakimś zacisznym, ciemnym zakątku zapragnął mnie pocałować. Wprawdzie zachował się po dżentelmeńsku, bo usłyszawszy odmowę przeprosił i zaczął się tłumaczyć, ale i tak byłam dość zszokowana. Potraktowałam sprawę z uśmiechem i „nie było sprawy” na ustach, ale po powrocie do domu zdałam sobie sprawę z całego zajścia, zaś jego perfumy, którymi przesiąknięte były moje włosy, bluzka, szalik, zaczęły śmierdzieć jak na psie. Nie byłam w stanie tego ogarnąć do tego stopnia, że się upiłam i w takim stanie poszłam spać.

Bałam się tego. Czasami przychodziła mi do głowy myśl o tym, ale w kategorii jakiegoś nierealnego koszmaru. Nie wiem, dlaczego aż tak to demonizowałam i dlaczego tak bardzo przeżywałam to w ten pierwszy wieczór po. Wiem, że stan wskazujący to nie żadne usprawiedliwienie, ale przecież nie takie rzeczy ludzie wyczyniają po alkoholu. Tylko że z drugiej strony czasem wódka i inne trunki działają jak katalizator, który wydobywa z człowieka różne ukryte zamierzenia i marzenia… Dlatego nadal nie wiem, co o tym myśleć. Wszak wszystkie komplementy, którymi mnie obsypywał i całe wsparcie, jakim mi służył, w kontekście tego wydarzenia wyglądają jak wyglądają. Mimi, do której oczywiście poleciałam niemal od razu po radę, zadała mi sakramentalne pytanie: na pewno nie chcesz tego rozwijać czy chcesz, ale się boisz? I, co straszne, nie umiem znaleźć na nie jednoznacznej odpowiedzi. Bo z jednej strony nigdy nie patrzałam na niego w ten sposób. To jest nigdy nie patrzałam na niego jak na mężczyznę. To zawsze był kolega. Rewelacyjny, ale jednak kolega. Opiekun, przyszywany braciszek od problemów i tym podobne. Poza tym jest ode mnie starszy. Ma żonę. Ma dziecko. Ale z drugiej strony… aż wstyd mi się do tego przyznać, ale kiedy tak staliśmy tam tak głupio przytuleni, to przez chwilę mi się nawet podobało… W dodatku po tym incydencie dojrzałam w Panu Koledze mężczyznę. Świetnego mężczyznę. Coraz bardziej podoba mi się idea sekretnego flirtu. Tylko kurczę… nie wiem, czy on naprawdę tego chce. Czy to nie będzie aby zbyt ryzykowne. U nas jest stanowczo zbyt dużo ludzi, którzy by bardzo chętnie donieśli małżonce i paru innym osobom, co i jak. Ja z racji totalnej ślepoty Księcia nie mam nic do stracenia. On ma bardzo wiele.

 

Na razie czekam. Jeśli sprawa się nie powtórzy mam zapomnieć, nie przypominać, nie wypominać. Jeżeli zaś się powtórzy, to chyba czeka nas poważna rozmowa.

Dziwnie mi i fajnie jednocześnie. Bo przynajmniej wiem, że komplementy dotyczące mojego wyglądu i atrakcyjności nie pojawiły się tylko po to, żeby mi zrobić przyjemność 🙂

Nie będę się martwić. Będę z dobrą myślą czekać na rozwiązanie.

Tough Enough

Posted in Retrospekcje i refleksje, Smutki codzienności on Grudzień 12, 2010 by emerencjanna

Z góry ostrzegam, dzisiaj będzie grząsko i dołująco jak za „starych, dobrych czasów” tego bloga. A wszystko to przez jakiś drobiazg, który boleśnie przypomniał mi o wszystkim.

Od dzieciństwa miałam ambicje. Myślę, że trochę zdolności też. Głównie artystycznych, ale nie tylko. W każdym bądź razie starałam się je rozwijać. Zarówno będąc małą dziewczynką, jak i podlotkiem czy tam nastolatką. Teoretycznie przy takim początku dalszy ciąg powinien być taki, że później takiej panience udaje się coś osiągnąć. Podkreślam słowo „teoretycznie”. Nie wiedzieć, czemu, już od wczesnych lat zaczął mnie prześladować syndrom, o którym coś wspominałam w notce „Zazdrośnica!” sprzed ponad roku. Tak. „Jesteś zdolna, ale to Małgosia pójdzie na konkurs”. To dobre podsumowanie całości. Bo niby wszyscy pieprzą, że okej, że masz talent, ale dziwnym trafem zawsze, ale to zawsze trafia się ktoś w mniemaniu innych lepszy, kto bardziej zasługuje na splendory i sukcesy. Równie dziwnym trafem w lwiej części są to osoby, które już wcześniej miały ich nadto. Nie bez przyczyny – tatuś i mamusia zawsze dbali o te wszystkie dodatkowe lekcje śpiewu, malarstwa, smarowania kanapek czy tam kurwa szydełkowania. I naturalnie od kiedy tylko dzieciak nauczył się sam stać pchali go na wszystkie możliwe konkursy. Wiadomo, rządek nagród, nagródek, uczestnictw i innych gówien zawsze robi wrażenie. Bo „widać, że ciężko pracowali na swój sukces”. Chuj z tymi, którzy dostali od Matki Natury to przysłowiowe 10%, a pozostałe 90 wypracowywali sumiennie w domowym zaciszu. Przecież to takie nieefektowne. Poza tym nijak nie pasowałam do idealnego wizerunku utalentowanej dziewczynki. Nie miałam na świadectwach samych piątek, nie zajmowałam sobie całego wolnego czasu kółkami zainteresowań ani harcerstwem. A przecież to tak cudownie się prezentuje, taka wszechstronnie utalentowana kujonka (co nie zmienia faktu, że moje zainteresowania były szerokie, ale niestety bezwartościowe dla tych, co „się znają”). W kwestiach pozaszkolnych też nie bardzo. Na całe szczęście nie dotknęła mnie żadna choroba ani tragedia – i to też niedobrze, bo przecież dziewczynka, która „przełamuje swoje słabości i spełnia marzenia, bla, bla, bla” doprowadziłaby do łez i spazmów tłumy jakże czułych ludzi. A tak? Przeciętniaczek ze zdolnościami. Co to jest? Przecież takich jest na pęczki.

No i jeszcze jeden feler, tym razem już z obecnych czasów – jestem za stara. Wszak uzdolniona dziewczynka w oczach publiki wygląda lepiej niż uzdolniona kobieta. Może i bym coś jeszcze mogła, ale powiem wam szczerze, że chyba nie mam siły. Słyszałam ten cały bełkot o cierpliwości, ale z racji faktu, że jestem osobą, która musi wszystko mieć już, nie przemawia to do mnie. Lata bezowocnych wysiłków robią swoje. Kiedyś myślałam, że może mi się tylko wydaje, że ja wcale nie jestem zdolna. Z czasem przyszło zupełnie słuszne przekonanie co do własnej wartości i refleksja, że to nie ze mną jest coś nie tak. To tylko ludzie są zjebani. Co niestety nie daje mi nic poza przekonaniem, że faktycznie zostałam pod tymi względami pokrzywdzona. Cóż. Sprawiedliwość i równość w naturze nie istnieją, w przeciwieństwie do tego, co mi przez lata wpajano.

Przejebane.

Angst

Posted in Po prostu życie, Smutki codzienności on Grudzień 2, 2010 by emerencjanna

To przerażające, jak paskudne tajemnice mogą mieć ludzie, których niby się zna. Którzy przez lata wydawali się być w szerokim rozumieniu tego słowa normalni. A tu się okazuje, że nie do końca. Że za porządną fasadą kryją się rzeczy lepkie, niepokojące… dziwne. Obawiam się ich nawet. Pewnie dlatego, że są mi obce. Ja – odpukać – miałam to szczęście, że życie ułożyło mi się bez żadnych drastycznych patologii. I jakoś podświadomie takowe u bliskich mi mniej lub bardziej osób budzą we mnie lęk. Oczywiście, nie determinuje mi to spojrzenia na nich, bo pamiętam, ile dobrego potrafili dla mnie zrobić – tyle, że nie tylko nie wypada, co nie wolno tego przekreślać tylko przez jakieś dziwne skazki w życiorysie. Ale… cholera. Budzi to mój niepokój i nic na to nie poradzę.

Wychodzi na to, że czasami chciałoby się mieć wytrych, żeby niektórych ludzi otworzyć, ale potem strach się bać, co można tam u nich w środku znaleźć. Aż zastanawiam się, dlaczego ci, którzy są wokół mnie, pod tym względem nie mogą być tak „czyści” jak ja. Ot, tak.