Archiwum dla Lipiec, 2010

Brawo.

Posted in Inni panowie, Po prostu życie, Smutki codzienności on Lipiec 30, 2010 by emerencjanna

Chciałabym donieść, że jesienią Archie się żeni.

Co najlepsze, wcale nie z tłustą Baleną. Okazuje się, że zdążył już się z nią rozstać i nie dalej jak kilka miesięcy temu zapoznać nową. Ponoć siksę.

Mogę sobie teraz tylko pogratulować, że przez ostatnie dwa lata siedziałam na dupie i nie potrafiłam nic szczególnego w kwestiach naszej znajomości zrobić. Stan obecny przypomina mocno stan z wakacji 2008. Różni się może tylko tym, że pododawaliśmy się do znajomych na pewnym portalu społecznościowym. I w sumie chyba jemu też spokojnie mogę złożyć podobne gratulacje. W końcu… ślub po paru miesiącach znajomości? To śmierdzi. Najprawdopodobniej wpadką. Chociaż… kurwa, nie. Archie ojcem? Te dwa słowa stojące obok siebie w ogóle nie pasują. I rozsądek podpowiada, iż byłoby lepiej, gdyby tak nie było. Bo skoro tak szybko się schodzą, to kto wie, może równie szybko się rozejdą. A Archie-rozwodnik nie będzie wcale gorszy niż Archie-kawaler. Za to Archie-rozwodnik z dzieckiem odpada definitywnie.

Taaa. Teraz sprawiam wrażenie osoby, która ze wszech miar ma to w dupie i która z radością sypie złośliwościami w stronę żeniaca. Ale kiedy nasz wspólny znajomy radośnie nam o tym zakomunikował, to myślałam, że wieczór zakończę na OIOM-ie, względnie na kardiologii. Coś zupełnie niewytłumaczalnego ścisnęło mi trzewia. Albo może jednak wytłumaczalnego? To zresztą nieistotne. Nie fiknęłam im tam, chociażby dlatego, że… wydałoby się. A nie mogło. Musiałam radośnie wykrzywić twarz w pozornie szczerym uśmiechu i rzucić durnowatym tekstem w stylu: „Ojeeeej, naprawdę?”. Tak. Naprawdę. Ale przyznam się wam szczerze, że im więcej czasu mija od tej „radosnej” nowiny, tym bardziej ambiwalentne uczucia mnie podgryzają. Z jednej strony nadal mnie boli. Spodziewałam się, że to tak się skończy. „Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz”. No właśnie. A on chyba nigdy nie chciał. Chociaż to może kwestia tego, że zwyczajnie nigdy mu o tym nie powiedziałam? Tak, bałam się. Miałam uzasadnione obawy, że to mogłoby doszczętnie popsuć nasze stosunki. Tak mi się jakoś wydawało, że lepiej mieć z nim kontakt na takiej zasadzie, niźli żaden… Kto wie. Może tak miało być. Związki na odległość raczej słabo się trzymają. Zwłaszcza, jeśli nie ma chemii. A tu chyba nie było na nią żadnych szans. I chyba właśnie dlatego z drugiej strony jeszcze się nie łamię i próbuję trzymać dystans. W końcu nie był tym najważniejszym…

Ale tak po prawdzie chyba tylko dzięki obecności Mimi i świadomości konsekwencji nie zrobiłam sceny. I dobrze. Nie dość, że bym wszystko spieprzyła, to jeszcze wyszłabym na histeryczkę. Chociaż i tak ona wiedziała, że mimo uśmiechu na twarzy i stwierdzenia: „A tam, grunt, że to nie Książę” cholernie mnie zabolało. Dlatego wciąż mam taką wesołą mrzonkę, że może mnie na ten swój ślubik zaprosi. Czemu „wesołą”? Bo wprowadziłabym w życie starą radę Black Opsa. Obrzuciłabym ich jednogroszówkami na tak zwane szczęście, nie wyjąwszy ich wcześniej z reklamówki.

 

Kasia Kowalska – Domek z kart