Oh… yes?

Wiecie co? To wszystko było jak w tym filmie – „To nie tak, jak myślisz, kotku”.

Bo on się wcale nie wykręcał, a brak kontaktu wynikał ze złośliwości przedmiotów martwych, w tym konkretnym wypadku chronicznie zepsutego telefonu i skasowanej książki adresowej. Z rozbrajającą szczerością, kilkakrotnie w ciągu rozmowy powtarzając, że kilka aparatów z rzędu mu nie chciało działać, ze wszystkiego się wytłumaczył. I… może i jestem naiwna. Ale cała złość mi przeszła jak ręką odjął.

Dałam mu swój numer. Możliwe, że i to nie było najmądrzejszym posunięciem, ale skoro padło stwierdzenie, że „jeszcze się umówimy”, to czemu by trochę nie pomóc szczęściu? 😉

To wszystko oczywiście nie zmienia faktu, że prawdopodobnie zachowałam się jak idiotka. Gdy siadł w towarzystwie kolegów (i panny Koleżanki, rzecz jasna), nie byłam w stanie do niego podejść i rzucić takie zwykłe: „Słuchaj, sorry, że przeszkadzam, ale mogę cię porwać na chwilę?”. Nie potrafię tego wyjaśnić… Może po prostu nie uważam, żeby wpieprzanie się między wódkę a zakąskę było na miejscu? Tak czy siak dopadłam go dopiero, kiedy odszedł od nich na chwilę, tuż przed moim wyjściem z imprezy. Wolę nie myśleć, jak to wyglądało.

Reklamy

Komentarze 2 to “Oh… yes?”

  1. Dalej trzymam kciuki w takim razie. I szczerze życzę powodzenia 😉

  2. A nie-dziękuję, nie-dziękuję, przyda się 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: