Archiwum dla Sierpień, 2009

Foggy

Posted in Książę, Smutki codzienności on Sierpień 26, 2009 by emerencjanna

Taki durny dzień dzisiaj. Dziwny. Znowu zamieniam się w rozkojarzoną, zaciętą w środku nieszczęśnicę. Powoli, ale jednak.

Po pierwsze Książę. Pokomplikowało się, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Mimo obietnicy nie odezwał się. Ostatnio znajomy do niego zadzwonił w jakiejś sprawie. I ponoć powiedział, że w przyszłym tygodniu będzie w mieście i że ma tu parę spraw do załatwienia. W zestawieniu z groźbą zmiany pracy i wymuszonej przeprowadzki nie zabrzmiało to najlepiej. Spanikowałam strasznie i z miejsca głowa wypełniła mi się dziwnymi pomysłami, które na szczęście szybko wybiła mi z niej Mimi. Wprawdzie jest daleko, dalej niż zwykle, ale od czego są telefony? Doradziła, żeby panować nad sobą i nie dać się zaskoczyć. Zastanawiam się czasem, co ja bym zrobiła bez tej twardo stąpającej po ziemi kobiety. Tak czy siak trzyma kciuki. Za nas.

Po drugie… właśnie Mimi. Wybrała się na dłuższą eskapadę w towarzystwie, od którego w większości wolałabym ją uchronić. Naturalnie pojechała ze swoją przyjaciółką, panną Niką-chorągiewką, co to okręci się, jak jej zawieją. Oprócz niej zabrały się z nimi trzy wybitne inaczej osobistości, członkinie kółeczka wzajemnej adoracji – Malutka, Diabliczka i Ewka Krzywy Dziób. Aż się zdziwiłam, że tą pierwszą i jeszcze mocno nieletnią rodzice w ogóle wypuścili. Dobra, ja tam się im w wychowanie dziecka nie wtrącam. Jak sami nie potrafią zrobić ze swojej jedynaczki porządnego człowieka, to ja im raczej nie pomogę. Bo jak na razie zdecydowanie mi się wydaje, że mam do czynienia z efektem całej serii błędów wychowawczych. Mały, pyskaty gówniarz. Zresztą starsze przyjaciółki też nie lepsze, bo w zasadzie Malutkiej pewne rzeczy można wybaczyć z racji młodego wieku, a one – właściwie dorosłe – zachowują się identycznie. Jak nieletnie smarkacze. Założyły sobie własną grupkę, nazwały się „siostrami” i nic, tylko jedna drugiej w tyłek włazi bez wazeliny albo całe godziny spędzają na rozmowach o męskich dupach. Dziewczynki na etapie Hanny Montany może tak robią. W starszym wieku to żenada. Ewka to jeszcze przypadek szczególny ze względu, iż wcale nie nazywa się Ewa, ale tak się przedstawia i tak się każe nazywać, „bo tak fajniej”. I naturalnie wydaje im się, że przez to, co wyprawiają, są strasznie zajebiste. A nie są, co oczywiste i co obśmiewamy z Bułą, jeśli czasem przypadkiem rozmowa zejdzie na temat „siostrzyczek”. Ktoś stwierdzi, że to typowe parapety i trzeba je olać, co na codzień czynię. Ale jak tu ignorować, kiedy hołota zaczyna ci się kleić do przyjaciółek? Jakby nie wystarczyło to, że Pati nadal trwa w komitywie z lizusem Dusią i na dokładkę zapoznaje się z jej niedorozwiniętymi koleżankami. Nie podoba mi się to, zdecydowanie. Chociaż o to, czy czasem mi tej mojej Mimi nie wykoleją, martwię się mniej niźli o to, czy farbowany aniołeczek nie zepsuje mi Pati. Bo Mimka pamięta. Dzisiaj sama z siebie wysłała mi sms-a, którego wcale wysyłać nie musiała. Że właśnie stoi pod domem… Archiego. Tak, bo do jego rodzinnego miasta ją z tą bandą wywiało. I to chyba jednak coś znaczy. Tak samo jak to, że podczas wycieczki chciała wysłuchiwać o moich kłopotach sercowych.

 

Dziwny, dziwny, dziwny.

Reklamy

Czarny, Czarny się żeni

Posted in Inni panowie on Sierpień 22, 2009 by emerencjanna

Na dniach Czarnulek się żeni. I o ile jeszcze pół roku temu gotowa byłam załamywać ręce nad jego nieszczęśliwym losem i biadolić, jak to sobie chłopak życie zmarnuje, tak teraz jest mi to dziwnie obojętne. Jeżeli kogoś mi żal, to czarnulkowej Miss, która zostanie jego żoną. Bo spędzić resztę życia z takim chujem to jest dopiero tragedia.

Ale w środku i tak coś mnie kłuje. Jednak kiedyś coś do niego czułam i mimo wszystko to jakoś jeszcze żyje we mnie. W sumie ciężko jest uwierzyć, że za szczerym uśmiechem i niewinną chłopięcą buzią kryje się dwulicowy skurwysyn. Że byłby w stanie zrobić to, co zrobił. Że kto wie – może i mnie potrafiłby bezpośrednio tak skrzywdzić… A jednak. Pozory mylą, jak to mawiają, ale takich „pomyłek” to ja nie lubię. Zresztą, kto lubi.

Z jednej strony wylewam ukradkiem łezki nad czarnulkową smugą cienia, a z drugiej nadal mu szczerze życzę, żeby w dniu ślubu tuż po wyjściu z kaplicy albo nawet jeszcze w środku gołąbek go osrał. To trochę jakbym jednocześnie lała w pysk i całowała. Tak to chyba potrafię tylko ja – wiecznie rozdarta Emerencjanna.

Nie, nie, nie.

Posted in Książę on Sierpień 14, 2009 by emerencjanna

Zula dojechała cało. To w sporej mierze wyleczyło mnie z wczorajszego moralniaka i przypomniało, że owszem, to było trudne, męczące i niefajne, ale skończyło się wszystko dobrze, miałyśmy więcej szczęścia niż rozumu i najwyższy czas, by wrócić do swoich spraw. A tutaj jest trochę niewesoło.

Ogarnęło mnie wszystko, czego nie cierpię, a co wychodzi ode mnie. Wypływa paskudną, lepką falą w mojego wnętrza. Niepewność, co robić dalej, ogromna potrzeba uniknięcia bezczynności i bezradność spowodowana tym, że nie mam pojęcia, co konkretnie należy zrobić, żeby ten stan rzeczy zmienić. Pojawia się spora szansa na to, żeby zmieniło się na lepsze, a ja nie wiem, jak ją wykorzystać.

To trzeba być mną, żeby ciągle wchodzić do tej samej rzeki.

Decyzje

Posted in Książę, Smutki codzienności on Sierpień 12, 2009 by emerencjanna

Dziwny dzień. Dziwny.

 

Mam moralnego kaca. A wszystko przez plan Zulki. Chyba jeszcze jej tutaj nie przedstawiłam. Zula jest jedną z moich koleżanek. Tych szczególnie dobrych, nawet ostatnio pokusiłabym się o stwierdzenie, że to prawie przyjaciółka. Dużo nas łączy, sporo o sobie wiemy i póki co mnie ani razu nie wystawiła. Tak czy siak Zulka poprosiła mnie o pomoc we wcieleniu w życie swojego planu. Zdecydowała się jechać na parę dni do swojego chłopaka, Robala, na drugi koniec Polski. Bez informowania rodziców. Wprawdzie jest pełnoletnia, ale ma szczególnie nadopiekuńczych „starych”. Pewnie także dlatego, że jest w pewnym stopniu niepełnosprawna ruchowo. Chociaż jak tak się zastanawiam, to nie o to chodzi – mnie, zdrowej dziewczyny, rodzice nawet po ukończeniu magicznej „osiemnastki” nie chceli puszczać na takie wyprawy. Po prostu jazda taki kawał drogi w pojedynkę to szaleństwo. Dobrze, że zdecydowała się na autobus i że zdawała sobie sprawę, że pociąg już w zupełności jest niezbyt bezpiecznym środkiem transportu. Chciałam jej to wybić z głowy. Naprawdę chciałam. Ale sama wiem, jak ciężko jest przemówić do rozsądku zakochanej dziewczynie. Już od dawna to planowała. Wcześniej umawiała się ze mną, telefonicznie z Robalem i jego znajomymi, żeby miał ją kto odebrać z dworca. Po cichu liczyłam, żeby jednak ten plan się nie udał. I faktycznie, na początku wakacji nie wyszło. Coś tam, że Robal nie dał rady. Ale jak widać Zula jest uparta.

Nikomu nie życzę takiego wyboru. Co najwyżej najgorszym moim wrogom. Z jednej strony Zulka obdarzyła mnie zaufaniem, jako jedną z nielicznych wtajemniczyła w swój plan. Z drugiej ja wiedziałam, że to głupie, niebezpieczne itp. i że może jednak lepiej by było dać znać jej rodzicom, co i jak. Wybrałam chyba mniejsze zło. Zawsze chciałam być dobrą koleżanką dla dobrych koleżanek. Trochę jak masło maślane, ale tak to wygląda. Jeśli ktoś jest wobec mnie w porządku, ja nie mogę chyba dla niego okazać się kablem? Chociaż z drugiej strony teraz siedzę jak na szpilkach albo kolokwialniej rzec ujmując sram w gacie, czekając na obiecane telefony lub sms-y od Zuli. A parę godzin wcześniej w milczeniu wpatrywałam się na ekranik wyciszonej komórki, na którym wyświetlał się napis „Mama Zulki dzwoni”.

Byleby tylko Zulka dojechała i wróciła cała. A jej rodziców chyba na razie lepiej będzie omijać. Chociaż Zula mówiła, że oni nie z tych, którzy zwalają takie rzeczy na innych, a zdają sobie sprawę, że to ona ma walnięte pomysły i bywa, że wykorzystuje innych do ich realizacji. I obiecała, że mnie wytłumaczy. Tak czy siak jest mi… dziwnie.

 

Oprócz tego doszła do mnie plotka, według której mój Księciunio jest babiarzem i „zmienia dziewczyny co chwila”. Plotka to plotka, ale w połączeniu z wyczynem Zuli dobiła mnie.

 

 

Idę po piwko.

Sweet dreams are made of this

Posted in Książę on Sierpień 9, 2009 by emerencjanna

Wieczorne rozmowy z Mimi – wczoraj i dziś, a właściwie przedwczoraj i wczoraj, bo już grubo po północy – ostatnio wpędzają mnie w jakiś dziwny stan. Może dlatego, że obie tęsknimy. Tęsknimy za tym wszystkim, co w naszym widzeniu uosabiają bardzo konkretni panowie. Bo Mimi ma kogoś na kształt swojego Księcia. Przy czym Księciem raczej on nie jest. Bardziej Królem. Albo Cesarzem. I jest od niej dalej niż bliżej. Ostatnio wręcz usycha z tęsknoty za nim. A mi się udziela. Bo w sumie ja znam to uczucie. Nawet trochę za dobrze.

To głupie i mądre, straszne i śmieszne zarazem. Kochać sposób, w jaki on po prostu jest, wiedząc jednocześnie, że kochałoby się jeszcze bardziej, gdyby to wszystko mogło okazać się prawdą. Piękne słowa, prawda? Nie moje. Ja nie umiem tak pięknie składać myśli. To Mimi. Ona tak to nazwała, a ja się pod tym podpiszę. I tak zastanawiam się, dlaczego tak trudno nam jest sprawić, żeby właśnie to wszystko stało się prawdą, chociaż wieczna bierność i siedzenie na tyłku ciąży i mi, i jej. „Zróbmy coś!” – to takie łatwe do wypowiedzenia. Cholernie łatwe, za łatwe w stosunku do tego wszystkiego, co pociąga za sobą takie postanowienie. Oczywiście, jeśliby je konsekwentnie realizować. Chociaż i to nie daje gwarancji, że ten okrzyk: „Zrobię coś z tym!” stanie się katalizatorem jakichkolwiek zdarzeń. Bo chociaż podobno same chęci mogą sprawić wiele, w rzeczywistości często nie wystarczą. Albo przy innych okolicznościach, niesprzyjających, stają się maleńkie i słabe…

 

Jedna tylko rzecz z tych naszych ostatnich rozmów mnie nieco rozśmieszyła. Gdybanie, co który trzyma w szufladzie w pracy. I wiecie co? Doszłyśmy do wniosku, że pewnie obaj mają tam pornosy. I może prezerwatywy. No cóż. To jednak tylko faceci 🙂