Archiwum dla Kwiecień, 2009

Talk to me.

Posted in Smutki codzienności on Kwiecień 27, 2009 by emerencjanna

Zastanawia mnie, dlaczego mimo tego, że otacza mnie wiele osób, najczęściej mogę się wyżalić swojemu odbiciu w lustrze albo ewentualnie blogowi. Bo się okazuje, że zachowują się, jakbym mówiła do nich obcym, egzotycznym językiem i w efekcie najlepiej siebie zrozumiem co najwyżej ja. Dochodzę do przykrego wniosku, że jakby tak odsączyć tych, którzy są totalnie głusi na moje słowa i nic już im pomóc nie może, to być może część pozostałych mnie zwyczajnie wykorzystuje. Chcą być wysłuchiwani, ale w zamian nie chcą słuchać. Ja staram się być szczera, jeśli nie mam zamiaru niektórych wysłuchiwać, to nie oczekuję od nich, żeby wysłuchiwali mnie. Ale ci, którym gotowa jestem poświęcić swój czas i swoje ucho?… Mam prawo liczyć, że to samo dostanę od nich. Tak. Z tym, że chyba mogę liczyć tylko na siebie. Jak zwykle zresztą.

Smutno mi. Mam dużo do powiedzenia. Dużo słów, dużo spraw, dużo uczuć i odczuć. Dużo rzeczy, których nie należy trzymać w środku, w sobie, bo kiedyś wybuchną i pokaleczą wiele osób – także tych, których ranić bym nie chciała. Tylko co mam zrobić, gdy nie ma wokół mnie uszu chętnych do słuchania ani głów mądrych do pomocy. Dawno temu nie było problemu. Ustawiło się na wersalce rządkiem kilka lalek, misiów, innych zabawek i one przyjmowały wszystko. Teraz już się tak nie da.

Reklamy

Głowa do góry

Posted in Smutki codzienności on Kwiecień 24, 2009 by emerencjanna

Zastanawia mnie, czy posiadanie odrobiny oleju w głowie, krztynki dobrego usposobienia i kropelki dojrzałości wystarczy do skutecznego zwalczenia osób, którym tego brak, a które naraziły się i w dodatku mają się za cuda, krzywdzone przez wszystkich wokół, czyli – jak podobno mawiają dresiarze i ich dziewczyny – wożą się? Świadomość tego, że jakkolwiek by nie walczyły, nie staną nigdy wyżej nas? Ewentualnie pod warunkiem, że same nabędą takich cech? Humor to poprawia, owszem. Wiem z własnego doświadczenia, jak złośliwie miło jest czasem popatrzeć na szamocącą się we własnym piekiełku nieudolną istotę, którą z jakiegoś względu gardzimy. Ale coś ponad to? Czy to daje większą cierpliwość? Nie zawsze. Bywa częściej odwrotnie. Człowieka krew zalewa, że bruździ mu właśnie ktoś bardziej głupi, parszywy czy smarkaty, a nie ktoś równy jemu – łatwiej z taką osobą byłoby dojść do porozumienia. Ale że osoby porządne nie zatruwają życia innym, jest jak jest. Noszenie głowy wyżej od marnych ludzi, ale odpowiednio nisko, żeby nie być dla tych dobrych samolubem, jest trudne i stresujące. Chociażby dlatego, że mimo ostentacyjnie okazywanej wyższości i ignorowania urażony honor, dusza czy ego potrafią mocno zaboleć. Tym bardziej, że przytyki pierwszy raz uderzają z najmniej spodziewanej strony i dopiero po nich poznajesz, że jakaś osoba jest pusta, głupia i fałszywa.

Często nachodzi mnie ochota zrobienia niektórym ludziom krzywdy. W podzięce – pięknym za nadobne, oko za oko. Wtedy próbuję sobie wytłumaczyć, że nie ma po co, bo tacy ludzie sami sobie już krzywdę robią. Powoli, nieświadomie, ale chyba skutecznie. Oszukując siebie, swoje otoczenie, kamuflując pewne rzeczy przed tymi, których przychylność chcą sobie zaskarbić. Prędzej czy później takie oszustwo się wyda, a przynajmniej ja tak myślę. I chyba tylko dzięki temu nie usłyszeliście jeszcze w żadnym programie informacyjnym o zbiorowej morderczyni Emerencjannie z pewnego miasta gdzieś w Polsce.

 

 

(Taka głupia notka. Musiałam wypluć jad, jakiego napędzają mi pewni ludzie. A lepiej napluć w blog, niż na kogoś miłego i sympatycznego.)

My dear friend.

Posted in Retrospekcje i refleksje on Kwiecień 14, 2009 by emerencjanna

Święta minęły mi raczej dobrze. Dziękuję jeszcze raz wszystkim za życzenia. Niby to drobiazg, ale dużo przyjemności sprawia.

 

A teraz już będzie na temat.

Mam dwie osoby na tym dziwnym świecie, które nazywam przyjaciółkami. Niektórzy powiedzą, że to bardzo dużo. Ja się z tym zgodzę. Jest Mimi i jest Pati. Rówieśniczki, ale z dwóch różnych światów. Znajomość z obiema rozpoczęła się dzięki dobrodziejstwom Internetu. Potem wyszła poza świat wirtualny. Są wymiany smsów, telefony, z Pati nawet rzeczywiste spotkania. Ale to tylko dlatego, że mieszka blisko. Gdyby i Mimi żyła gdzieś bliżej, też byśmy się spotykały… Mimi jest poważna, jak na swój wiek. Może się wydawać trochę zimna i odcinająca się od świata, ale to tylko brzydki pozór. Owszem, nie uzewnętrznia zbyt wiele siebie postronnym osobom, ale niektórym daje poznać swoje prawdziwe oblicze. Miłej, trochę drapieżnej dziewczyny, która kocha, chociaż nie wie, czy jest kochana. Może właśnie dlatego dobrze mi się z nią rozmawia o sprawach poważnych. O uczuciach, relacjach damsko-męskich, seksie… Ona wie o mnie sporo, ja o niej wiem też sporo. Jakoś łatwo jest mi się przed nią otworzyć. Mimo pewnej zadry sprzed lat, kiedy to będąc mi potrzebną, boleśnie odwróciła się ode mnie. Pewnie już dawno o tym zapomniała, ale ja niestety jestem dosyć pamiętliwa… Pati określiłam jako „przyjaciółkę od spraw błahych”. Wie o Księciu, Patryku i paru innych panach, trochę o tym rozmawiamy, ale nie potrafię jakoś być z nią stuprocentowo szczera w tej kwestii. Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że zachowuje się czasem jak pokręcona nastolatka. Parafrazując przysłowie, ukradłyśmy już niejednego konia. Z drugiej strony też kiedyś mnie zawiodła. Może nawet boleśniej niż Mimi. Ale zawsze potrafiła mnie zaakceptować taką, jaką jestem, nie wymuszając na mnie jakichś zmian czynionych wbew sobie. Mimi wprawdzie mnie nigdy do niczego nie przymuszała, ale miewam wrażenie, że czasem zdarzało jej się to mi zasugerować. Każda z plusami, ale zależy mi na nich. Obydwu. Bywam czasem nawet o nie zazdrosna. Cóż, jestem małą, pieprzoną zazdrośnicą nie tylko w sprawach damsko-męskich. Mimi w swoim rodzinnym mieście przyjaźni się z Niką i Muszką. O nie akurat jakiegoś cienia żalu nie mam, bo miałam okazję w jakimś stopniu je poznać i myślę, że są całkiem w porządku. Mam nadzieję, że się nie mylę. Zazdrość budzi we mnie Diabliczka – dziewczyna, którą poznała jakiś czas temu. Mimo paru pozytywnych cech wydaje mi się być pusta i mam poważną obawę, czy ta znajomość nie odbije się przykrym echem na mojej przyjaźni z Mimi. Pati przyjaźni się z wieloma innymi osobami z racji swoich upodobań muzycznych. Oprócz tego jest jeszcze Dzidka, którą jak najbardziej lubię i cenię (mimo pewnej scysji z przeszłości), bo to inteligentna dziewczyna i ma sporo mądrych rzeczy do powiedzenia i – co może niektórzy stali czytelnicy zauważyli – Dusia, której nie potrafię tolerować. W jej przypadku nie tylko mam obawę, że jej znajomość z Pati może źle wpłynąć na naszą przyjaźń. Boję się także, że będzie na zasadzie „z kim przystajesz, takim się stajesz”. Nie chcę, żeby mimo wszystko tak dobroduszna osoba jak Pati stała się obłudnym lizusem. O to, że Mimi może nabrać złych cech od Diabliczki, bać się nie muszę – o to, czy Pati nie stanie się podobna do Dusi jak najbardziej. Tak, przy obu boję się, czy przypadkiem którejś nie stracę. Będąc taką osobą jak ja, która nie lubi się podlizować i przypodobywać innym, ciężko jest znaleźć prawdziwych przyjaciół. Gdy już się ich znajdzie, trzyma się ich bardzo kurczowo. Dlatego zdarza mi się jeżyć na Alę. Wygląda to idiotycznie i egoistycznie, ale… myślę, że jeśli chodzi o zdobycie dla siebie odrobiny własnego szczęścia, warto być trochę egoistycznym.

I tak na marginesie. Nie wiem, czy Mimi uważa mnie za swoją przyjaciółkę. Owszem, jestem dla niej kimś ważnym, ale czy tak bardzo, jak Nika czy Muszka? Pati zaś wielokrotnie nazwała mnie swoją przyjaciółką. Czy to coś znaczy, nie wiem. Życie uczy, że słowa to banał i ułuda.

Bycie przyjacielem jest szalenie trudne i skomplikowane. Dlatego ciągle muszę się tego uczyć.

Alleluja.

Posted in Inni panowie, Promyczki pozytywu, Smutki codzienności on Kwiecień 11, 2009 by emerencjanna
Dziwnie na mnie działa ten okres okołoświąteczny. Niezależnie od tego, które to święta się zbliżają.

Dzisiaj, krążąc po kuchni i szykując specjały na jutro wyobraziłam sobie pewną sytuację. Archie wchodzi do mojej kuchni i zaczyna krążyć, lustrując garnki. Ja oczywiście reaguję jak typowa gospodyni, wyganiając go, bo przeszkadza. To sytuacja czysto fikcyjna, niestety.

Lubię święta, chociaż trochę mnie męczą. Z jednej strony właśnie z powodu braku bliskiej osoby (poza rodziną), z którą można byłoby dzielić radość płynącą z nich. Ba, która mogłyby przecież być źródłem tej radości. Bo czy jest coś weselszego na Wielkanoc czy Boże Narodzenie niż bliskość ludzi, na których nam zależy i którym na nas zależy?… Z drugiej strony zaczynam wtedy szczególnie tęsknić za dawnymi, beztroskimi czasami. A kiedy po kilku świątecznych dniach „wkręcania” się w świat przeszłości człowiek musi wracać do „realu”, to trochę boli.

 

Dlatego z okazji świąt Wielkiej Nocy chciałabym wam życzyć przede wszystkim miłości. Bo ona zapewnia właściwie wszystko. Zdrowie, szczęście, zadowolenie z życia…

Kochajcie się. Kochajmy się. Nie tylko w ten świąteczny czas 🙂

 

Między nami nigdy nic.

Posted in Inni panowie on Kwiecień 6, 2009 by emerencjanna

Z pamiętnika hetery („Dziecko, twoja matka jest hetera, ty jesteś dobre dziecko!”).

 

Aby cokolwiek zrozumieć z mojej paplaniny, musicie najpierw poznać Patryka.

Patryk jest dla mnie… Właściwie to nie jest. Póki co nie dane nam było poznać się osobiście. Ja jego znam ze zdjęć i ewentualnie jakichś nagrań video typu „z domowego archiwum”, on mnie tylko ze zdjęć. Łączy nas tylko wspólny znajomy – Szpila. Tak, dokładnie ten sam, człowiek dobry, ale nierozważny. Są w całkiem dobrej komitywie, toteż po cichu liczyłam, że może kiedyś pan Szpila przedstawi nas sobie, gdy nadarzy się taka okazja. Tym bardziej, że Patryk nie dość, że jest (z tego, co mi wiadomo, oczywiście) miłym, inteligentnym i trochę zadziornym facetem, to jeszcze – mimo lekkiego zaokrąglenia tu i ówdzie – całkiem przystojnym. No cóż. Zauroczyłam się nieco, jak to kochliwa i łasa na męskie wdzięki baba. Może nawet nieco więcej, ale… nieważne. Tak czy siak wpadł mi w oko.

Od dłuższego czasu krążyły pogłoski, że Patryk chodzi z jakąś koleżanką. Niepotwierdzone, ale tylko do pewnego momentu. Niedawno się okazało, że… spodziewają się dziecka. Ot, niespodzianka. Niby dla mnie to zupełnie nic nie znaczy, że jakiś tam kolega kolegi doczeka się potomstwa. Ale jak gdzieś w środku… żal, no kurczę, żal strasznie. Taki fajny, młody chłopak, a tu bęc – dzieciaka będzie miał. A posiadanie dziecka w moich oczach (nie wiedzieć całkiem, czemu) zamienia faceta w tatuśka, co równa się właściwie spisaniu samczyka na straty.

Biorąc pod uwagę, że już wiem, iż zdarza mi się traktować facetów przedmiotowo, mogę coś bezwstydnie stwierdzić. Że czasem mam ochotę, żeby niektórzy przystojni faceci nie zakładali rodzin i pozostali obiektem do podziwiania i romansowania dla pań. Tylko, że to głupie i bez sensu. Bo co to, przystojniak nie ma prawda do normalnego życia?… Dobrze, że jeszcze wyczuwam tą granicę między ślepymi zachciankami a życiem, bo bez tego… coś czuję, że byłoby ze mną krucho. Co nie zmienia faktu, że „zajętość” Patryka uwiera mnie jak kamień w bucie. I tak myślę – rzucić zasady i traktować jako ewentualne cele także ojców czy wyrzucić ten kamień?

Chyba wyrzucę. No cóż, kolejna okazja do podrywu poszła do licha, ale ktoś mi powiedział, że tego kwiatu jest pół światu. Jeśli nie Patuś, to będzie ktoś inny. Oczywiście pod warunkiem, że Książę wreszcie nie ruszy tyłka i nie przyjdzie po swoje. Z tym, że kiedy on to wreszcie zrozumie…?

A swoją drogą, to zastanawia mnie, co ich tak wzięło na to dziecko? Chęć stabilizacji? Nie dowierzam. Nie wierzę, że stabilizacja równa się złapanie żonki/mężusia, spłodzenie potomka i tak zwane rodzinne życie. Wydaje mi się to jakieś nijakie, odległe. Nie wiem, czy do takiej codzienności warto dążyć i czy w ogóle tego chcę. Czyli wychodzi na to, że widocznie tak miało być i tak jest lepiej. Jemu to odpowiada, a mi nie. Nawet, gdyby coś zaiskrzyło, prawdopodobnie guzik by z tego wyszło.

Z drugiej strony może po prostu wpadli. To by wszystko usprawiedliwiało. Chociaż kiedyś usłyszałam całkiem mądre zdanie, że seks jest jak szachy – zanim posuniesz, warto trochę pomyśleć. A jak nie myśli… to też znaczy, że nie był dla mnie.

Skreślony.

 

 

(Tak, ta notka jest rekordowo idiotyczna. Ale z drugiej strony nigdzie nie obiecałam, że będzie zawsze mądrze i na temat.)

Ciekawy Człowiek

Posted in Retrospekcje i refleksje on Kwiecień 1, 2009 by emerencjanna

Był sobie ktoś. A nawet Ktoś. Taki tak zwany Ciekawy Człowiek. Jakoś tak się złożyło, że jakaś siła wyższa postawiła mnie na jego drodze (chociaż właściwie wychodzę z założenia, że siła wyższa nie istnieje). Od tego momentu możnaby stwierdzić, że jesteśmy tak zwanymi znajomymi. Mimo, że od dłuższego czasu dzieli nas spora odległość. Ciekawy Człowiek nigdy za ciekawego się nie uważał, co sugerowało wielką skromność, bo ciekawym oczywiście jest, chociaż pozornie nie różni się od innych panów, których na codzień mijamy na ulicy. A ponieważ tylko ciekawi ludzie potrafią mi zaimponować, CC mi zaimponował. Był świetny w tym, co robił. Ba, świetny – wspaniały. Niespotykany. Piękne przymiotniki mnożyć można. Ogółem on znakomicie spełniał swoją pracę, mnie się podobało i tak się toczyło kółko. Do czasu, aż wyjechał. Dopiero po jakimś czasie i – jeszcze bardziej – po spotkaniu jakieś pół roku później zrozumiałam powody. Ale mimo to tak się jakoś złożyło, że utrzymujemy kontakt, chociaż ostatni raz „na żywo” widzieliśmy się hu-hu czasu temu.

Zdarzył się okres czasu, kiedy działo się u mnie źle. Bardzo źle. Olbrzymia niepewność, groźba fatalnego zakończenia, potężna presja. Za dużo tego było jak na jedną kruchą kobietkę. Stanowczo za dużo, a wygadać się z tego nie było komu. Był za to adres CC w książce mailowej i pamięć o tym, że on niejedno już przeżył i ma na wiele spraw odmienną perspektywę niż teoretyczni „wspieracze” z otoczenia. Więc poszedł jeden mail. Drugi. Trzeci. W „najgorętszym” okresie parę ich było. Rozumiał, bo sam przechodził podobną sytuację. Zapewniał, że nie jest źle. Wreszcie zły czas się skończył (nie tak, jakbym sobie tego wówczas życzyła, ale z perspektywy czasu okazało się, że najlepiej, jak się dało) i ucichło. Sprawa poszła w zapomnienie, bo wszystko się ułożyło.

… Czyżby?

Tak myślę, że nie do końca. A przynajmniej teraz tak mi się zdaje, po dłuższym czasie od tamtych wydarzeń. Mam wyrzuty sumienia. Tak, dokładnie, wyrzuty sumienia. Ostatnio przyłapałam się nawet na tym, że żałuję tego, iż wtedy do CC pisałam. Moje ówczesne zachowanie teraz śmierdzi mi trochę narzucaniem się. Tym bardziej, że – kurczę! – ile my tak naprawdę się znaliśmy? Niewiele, myślę… Otwieranie wnętrza przed osobą nie do końca dobrze poznaną mimo zaufania, jakim się je obdarza, jest jednak trochę dziecinne. Czy on mi to zasugerował? Nie. Być może dlatego, że wobec mnie zawsze był uprzejmy. Może i wtedy wolał przemilczeć, niźli mnie urazić. Dziwne to, dziwne uczucie, jakby się człowiek zbłaźnił, a o tym nie wiedział.

Może by tak kiedyś zapytać?…