„Czy wiesz, dla kogo w końcu warto żyć?”

No więc (wiem, że nieładnie jest zaczynać zdanie, a tym bardziej notkę, od tego zwrotu, ale co tam). Ostatnie spotkanko z gromadką znajomych, do której należy także osobnik zwany Archie’m, rewelacji nie przyniosło. Owszem, było miło, tym bardziej, że to naprawdę fajni i ciekawi ludzie, ale żeby coś się zdarzyło w wiadomym kierunku, to nie. Może po prostu jestem znowu zbyt niecierpliwa, zbyt łapczywa, może zbyt spragniona uczucia? Jeszcze nie zdążyłam wybadać, czy faktycznie mężczyzna, na którym mi zależy, naprawdę rozstał się ze swoją siksą (wybaczcie, określenie „dziewczyna” jest wobec niej zbyt szlachetne), a już szukam szans u innego… Szykuję sobie „alternatywę” na wypadek niepowodzenia? Kto wie. Biorąc pod uwagę, ile razy w tej kwestii zaliczyłam potknięcie, z pewnością jakoś podświadomie próbuję się zabezpieczyć. Sindbada coraz rzadziej już biorę pod uwagę. Skoro teraz olał, to nie ma się co napraszać, żeby potem zrobił to dosadniej (niby to nie pasuje do jego natury – skądinąd łagodnej i przyjaznej, ale kto ich tam wie). Niby nic groźnego. Czyżby? A co będzie, jeśli zarówno „cel główny” (czyt. Książę), jak i owa „alternatywa” (czyt. Archie), zareagują pozytywnie?

Oczywiście, jeżeli którykolwiek zareaguje, też będzie dobrze.

Głupia byłam, jestem i będę po kres dni swoich. Mam wrażenie, że bawię się uczuciami.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: