I’ll never be the same if we ever meet again.

Posted in Inni panowie, Smutki codzienności on Sierpień 19, 2014 by emerencjanna

Być może powinnam dopuścić wreszcie do siebie myśl, że nie jest mi pisane szczęśliwe życie z kimś i że każdy kolejny mężczyzna, z którym mi nie wychodzi czy raczej nawet nie udaje mi się zacząć, służy wyłącznie temu, aby mi to uświadomić. Pewnie zostanę tym czarnym charakterem rodem z tandetnego filmu obyczajowego, który w finale za karę zostaje sam jak palec, otoczony słodkimi jak ulepek parami złożonymi z facetów, których kochał i kobiet, których nienawidził. Oni będą się do siebie wiecznie uśmiechać, chodzić za rączkę do modnych knajpek, płodzić sobie równie słodkie dzieci, a ja pozostanę sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem, w długie zimowe wieczory mając za towarzysza co najwyżej fotel i pilot od telewizora, nieustannie zadając sobie jedno pytanie: „Co ze mną jest nie tak?”. Wiem, że wszystko można podsumować tą pocieszającą formułką, że to oni są ślepi, głupi i nie potrafią docenić tego, co w człowieku jest najważniejsze. Ale wszyscy? Każdy, co do jednego, z tych, którym zdecydowana byłam oddać serce i całą resztę? Stanowczo za duży zbieg okoliczności.

Po każdym następnym rozczarowaniu obiecuję sobie, że to już koniec, nigdy więcej nie stracę głowy dla kolejnego dupka, który tylko mnie zrani i nie da mi nic poza tym. Tylko po to, żeby potem powtórzyć własne błędy, niczego się na nich nie ucząc.

Nie wiem, co takiego złego ci zrobiłam, panie Szpilo, że tak mnie pokarałeś.

I can’t stand losing you

Posted in Książę on Marzec 29, 2014 by emerencjanna

Bardzo dobrze wiem, że to nie jest normalne, ale nikt nie obiecywał, że tak będzie.

Mimo usilnych prób pozbycia się Księcia z mojego życia on ciągle, na różne sposoby, do niego wraca. Za każdym razem, kiedy już wydaje mi się, że udało mi się poukładać świat bez niego, on wpada i wszystko rozwala.

Książę, chociaż coraz bardziej Król. Król życia. Osiąga wszystko to, co sobie zamierza, jest popularny wśród znajomych i spija sobie całą śmietankę. Gdy postawi się na drugiej szali mnie – czyli kogoś, komu z planów nie wyszło prawie nic i kto czuje się nikim – to mamy układ rodem z kiepskiej książki o porzuconej, chociaż ja wcale porzuconą nie jestem. Nie oficjalnie.

Dlatego w ciszy obserwuję jego poczynania i czasem tylko powylewam na niego żale i jad w towarzystwie Mimi. Tylko to mi zostało. Chyba. Ona nie ma o to pretensji i to jest najważniejsze. W końcu sama dobrze wie, jak to jest. Ale ciągle tak jakoś czuję, że życzenie źle komuś z pobudek uczuciowych nie jest zbyt dobre. Resztki poczucia przyzwoitości, którego jemu brakuje? Być może.

… No, nothing.

Posted in Inni panowie, Książę, Smutki codzienności on Październik 4, 2013 by emerencjanna

Jeśli kogokolwiek to jeszcze interesuje, to tak, żyję. Tylko, że chciałoby się zapytać – co to za życie? Na pewno nie lepsze od mojego dawnego i jeszcze bardziej na pewno zupełnie inne.

Wydostałam się z tego dołu, w którym tkwiłam do niedawna i przestałam się przejmować tym, czego chcieliby ode mnie inni. Niestety przy okazji pozbyłam się złudzeń. Mam wrażenie, że zrobiłam się bardziej… zgorzkniała? Nie, to złe słowo. Lepiej brzmiałoby – rozczarowana. Rozczarowana ludźmi, otaczającą mnie rzeczywistością i tymi wszystkimi ideami, które życie tak brutalnie zweryfikowało jako nic nie warte mrzonki. Co nie zmienia faktu, że nadal często rozmyślam o tych wszystkich rzeczach, które chciałabym zrobić i podobnie często do nich dążę. Może nawet bardziej, niż kiedyś?

Emocjonalnie… emocjonalnie to jest Syberia. Nie, jeśli chodzi o przyjaźnie, bo mimo napiętych grafików i odległości nadal staram się trzymać z Zulką, Bułą i Mimi, ale w kwestii uczuciowej zdecydowanie. Wiem, że to głupie i niedorzeczne, wiem, że marnuję sobie życie i nerwy bez sensu, ale nadal nie mogę wrócić do równowagi po okresie spędzonym przy Księciu. Trzy lata minęły, a ja nadal czuję jakiś dziwny żal w środku. Zwłaszcza po tym, gdy nie tak dawno spotkałam go. Myślałam, że już mi przeszło i w ogóle mnie to nie ruszy. Myliłam się, o jak ja się myliłam.

Z innych nowinek – w międzyczasie Książę zdążył wziąć ślub z Koleżanką. Ania urodziła Archie’mu drugie dziecko, Czarnulkowi i Kociookiemu ich kochane żoneczki chyba też powiły kolejnych potomków, kółeczko wzajemnej adoracji nadal włazi sobie w tyłki, Patunia zniechęca do siebie kolejne osoby, z Aldous wyszła zaślepiona femnazi, Szpila ponoć znalazł nową dziewczynę, Buła osiąga to, o czym ja mogę tylko pomarzyć… Aha, poza tym spotkałam Sindbada, ale nic z tego nie wyniknęło. Akurat to ostatnie to żadna niespodzianka.

The loser has to fall

Posted in Smutki codzienności on Kwiecień 22, 2012 by emerencjanna

Ostatnio zbyt często płaczę.

Zupełnie przestałam dawać sobie radę. Aż się zdziwiłam, że można jeszcze bardziej sobie nie radzić. A jednak można. Tonę. Topię się, rozpaczliwie machając łapkami, a ludzie, których znam, stoją tylko na brzegu, patrzą i mówią: „Nie przesadzaj, wyjdziesz z tego!”. Oczywiście ci, którzy wiedzą, co się dzieje. Może źle robię, ale tym, których uważam za sobie najbliższych, nie pisnęłam niemal ani słówka. Tyle, co przebąknęłam czasem w rozmowie z Bułą czy Mimi, że „trochę mi nie idzie”. Trochę. Jakie to zabawne.

To, co wydawało mi się być moim uporządkowanym, stałym życiem nie przetrwało zmian. Okazało się być marnym domkiem z kart, chwiejącym się przy najlżejszym podmuchu. A ja mimo wszystko próbuję utrzymać go w całości. Jakaż ja jestem głupia. Przecież nawet jeśli ocalę, to tylko część. Kosztem reszty. Niezależnie od tego, którą z części wybiorę.

Idź do kąta i becz, ofiaro losu.

Hangman

Posted in Smutki codzienności on Marzec 2, 2012 by emerencjanna

Długo mnie tu nie było. Dość długo. Zaczęłam zupełnie nowy rozdział w życiu, sądząc że niemal zupełnie udało mi się zamknąć stary i że gdy zajmę się wszystkim tylko nie miłościami i facetami będzie już tylko lepiej.

Nie jest.

Wydawało mi się, że teraz już będę pewna, kim jestem, dokąd zmierzam i do czego dążę. I że będzie mi to przynosić satysfakcję na tyle dużą, że zapomnę o wszystkim tym, co dotychczas tylko mnie bolało. A gówno. Jest jeszcze gorzej, niż było. Bez przerwy szarpię się, żeby utrzymać się na powierzchni. Jak ktoś, kto niemal nie potrafi pływać, a został rzucony na środek naprawdę głębokiego jeziora. Zużywam wszystkie swoje siły, żeby nie opaść na dno, a mimo to każdy dzień udowadnia mi, że jestem nikim i pozostanę nikim do końca mych dni. Cokolwiek bym nie robiła, to co dotychczas uważałam za swoje atuty i talenty, jest warte tyle, co kurz na drodze.

Zamknęłam się z sobie. Czasem spotkam się z jakimiś znajomymi, czasem z Bułą, jeśli wpadnie. Poza tym zawsze jestem sama. Siedzę w domu, czasem wyjdę na spacer albo na miasto. Nie mam ochoty rozmawiać z ludźmi. W końcu i tak nie rozumieją nawet cienia tego, co czuję i co przeżywam. Poza tym wydaje mi się, że i tak lada dzień przestaniemy się widywać, więc po co mam się angażować? Rzadko czytam książki albo oglądam filmy. Zazwyczaj jestem zbyt zmęczona, żeby się na nich skupić. Zaniedbałam siebie. Doszłam do takiego momentu, że gdy oglądam się wieczorem w lustrze, jest mi niedobrze. Nie mam pojęcia, jakim cudem te wszystkie pizdy, którymi tak gardzę, są zawsze, niezależnie od natłoku pracy, świetnie ubrane, uczesane, umalowane i pachnące, podczas gdy ja z trudem znajduję czas, żeby posmarować się głupim kremem. Nie jestem już tą osobą, którą byłam jeszcze rok temu. Nie tylko fizycznie, chociaż widzę, że zegar tyka nieubłaganie. Zmierzam w niebezpiecznym kierunku. Staję się największym wrogiem samej siebie.

Żyję chwilą, nie robię żadnych planów. Nie myślę, co się stanie za tydzień, miesiąc, pół roku. Coraz mniej wierzę, że mogę stać się kimś, osiągnąć to, o czym tak bardzo zawsze marzyłam. Coraz częściej zastanawiam się, czy nie lepiej by było, gdybym po prostu pewnego pięknego dnia zniknęła. Ot tak, po prostu, bez ostrzeżenia. Rozpłynęła się w powietrzu jak dym z papierosa. Czy ktoś zauważy? Nie sądzę. I z przerażeniem stwierdzam, że chyba wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli to wszystko będzie dalej tak się toczyć, to pewnie tak się stanie. Nie będę sobie pomagać w tym, o nie. To się wydarzy tak samo z siebie. Życie mnie rozdmuchnie na cztery strony świata.

You know what you should do.

Posted in Inni panowie, Po prostu życie, Smutki codzienności on Październik 27, 2011 by emerencjanna

Dwie rzeczy.
Pierwsza – Archie będzie tatą. Druga, chyba bardziej smutna – nawet nie jest mi jakoś szczególnie smutno.

Skłamałabym mówiąc, że nie liczyłam się z tym. Skłamałabym mówiąc, że kiedykolwiek byłam naprawdę, tak na sto procent przekonana, że cokolwiek z tego wszystkiego będzie. Ale łudziłam się. Naiwnie się łudziłam, że może jednak, coś, że uda się chociaż na chwilę. Głupia. Jakbym nie wiedziała, że na odległość nie da się zawiązać czegokolwiek, nawet całkiem niepoważnego. Ech, Emi, Emi, sprawa z Mareczkiem naprawdę niczego cię nie nauczyła.

Swoją drogą – owa Ania widziana z bliska wygląda jeszcze szpetniej niż na zdjęciach. Kobyła z ptasim ryjem. A jak już urodzi, to pewnie będzie kobyłą z ptasim ryjem, obwisłym biustem i grubą dupą. Tak, znowu pocieszam się takimi myślami. Jak i świadomością, że Archie do wzorów wierności w związku nie należy, a jego życiowe pasje to muzyka, piwo i dziewczyny, zwłaszcza cudze (ha ha ha, jednak to dobrze, gdy faceci, którymi się interesujesz, ich znajomi i twoi znajomi należą do jednego kręgu, bo można się dużo ciekawych rzeczy dowiedzieć).

Nie ma co, ten mój nowy rozdział życia naprawdę fajnie się zaczął. To mnie tylko utwierdza w przekonaniu, że powinnam poświęcić go układaniu swojej przyszłości wyłącznie w aspekcie zawodowym. Żadnych facetów. Żadnych zauroczeń. Tylko papier, literki, klawiatury i wyniki. Wszystkie westchnienia, achy, ochy i inne oddam ekranowym ideałom. Jak nastolatka. Któż mi może zabronić? Tutaj przynajmniej ta jednostronność jest oczywista i stuprocentowo przewidziana.

Yes, I can!

Posted in Inni panowie, Książę, Promyczki pozytywu on Wrzesień 5, 2011 by emerencjanna

Sytuacje kryzysowe mają jedną ważną zaletę. Wyciągają z ukrycia całe stada życzliwych osób, które ze wszechmiar starają się utwierdzić cię w przekonaniu, że to nie ty jesteś przegranym, tylko ten kretyn, który cię nie chciał. To pomaga. Nawet bardzo. Chociaż może po prostu ja już jakoś pogodziłam się z tym, zanim się wszystko potwierdziło?

Wszystko jakoś zmierza ku pozamykaniu starych spraw. Spotkałam Pana Kolegę i wyjaśniła się sprawa niesławnego zajścia sprzed pół roku. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności – trochę za dużo alkoholu, pomysł na głupi żart i jakaś durna myśl, że nie jestem platonicznie bezinteresowna w kwestii tej znajomości. I wyszedł taki koszmarek. Aż się cieszę, że jednak dałam się pociągnąć za język, bo początkowo chciałam trzymać się rady od Mimi, żeby nie przypominać i nie wypominać. Jak nam obojgu ulżyło, o jasna cholera.
Dostałam też trochę pociechy i dobrych rad na to nowe życie, które niedługo zaczynam. Że taka zmiana wszystkiego w pewnym momencie jest konieczna. Że człowiek wcale szybko zaczyna to rozumieć. Żeby niczego nie oczekiwać i niczego nie planować, bo wtedy mniej jest rozczarowań. Że na pewno sobie poradzę.

Gdy spotyka się takiego kogoś jak Pan Kolega, to nagle ci wszyscy palanci, którym tylko w głowach brzuchacenie swoich żon i dziewczyn (tak się, ha ha, śmiesznie złożyło, że inny z moich dawnych „lowelasów” spłodził sobie kolejne dziecko), bledną jak coś zupełnie nieistotnego. No cóż. On jest prawdziwym facetem, a oni? Złamani frajerzy.