To naprawdę wspaniałe. To naprawdę wspaniałe dowiedzieć się dziewięć miesięcy po tym, jak moja zdeklarowana przyjaciółka Pati wycięła mi numer, że to w zasadzie była moja wina i że “nie potrafi już mnie nazwać przyjaciółką”. Że to ja nie potrafiłam się pogodzić (i przeprosić – pytanie tylko, za co), hodowałam zadrę między nami i tworzyłam złą atmosferę. Że wszystko złe to ja!
Pal licho, że wszystko znowu zrzucono na mnie. Bardziej boli, że tajniaczyła się z tym tyle czasu. Niby przyjaciółka, a robiła przede mną dobrą minę do złej gry i to tak długo. Jak w takiej sytuacji nie mieć wrażenia, że wszyscy, którzy mnie otaczają i którzy nazywają się przyjaciółmi, w rzeczywistości traktują mnie tylko jak żywą zabaweczkę. I ci, którzy się nie tytułują, ale ponoć darzą mnie sympatią, robią to samo. Nie jestem pieprzoną laleczka, którą można się pobawić, powkurwiać, a potem wywalić do kąta, bo się znudziła. Nie pozwolę się tak traktować. Nie pozwolę zamienić się na lepszą wersję. Wprawdzie Pati zaprzecza, jakoby coś takiego zaszło, ale ja bardzo mocno się domyślam, że tą lepszą – albo “lepszą” – okazała się być Dusia. Bo zawsze chwali to, co Patka robi, zawsze optuje za nią i zawsze podlizuje się do obrzydliwości.
W ogóle ostatnio wszyscy chyba bardzo pragną mnie doprowadzić do szewskiej pasji. Pati, która robi mnie w chuja, Szpila, który postępuje jak dureń i czepia się za to innych, Archie, który kwestionuje moje zdanie i Książę, który milczy, milczy i milczy!
Tylko Buła, jak się zdaje, nie chce mnie wkurwić. Poszłyśmy ostatnio razem na dobry koncert. Tuśka (jeszcze nie znacie, przedstawiam – oto ona) cierpliwie wysłuchuje moich żali i pomaga w wyborze pewnego prezentu, Zula (która na tym słynnym, nielegalnym wyjeździe rozstała się z chłopakiem, do którego pojechała, bo okazał się być draniem) poprawia mi humor na codzień, a Mimi… Mimi okazuje się być w porządku. Bo nie daje się podburzyć “przyjaciółeczkom” przeciwko mnie. I wyśle mi czasem wywołującego uśmiech esemesa.