Wiecie co? To wszystko było jak w tym filmie – “To nie tak, jak myślisz, kotku”.
Bo on się wcale nie wykręcał, a brak kontaktu wynikał ze złośliwości przedmiotów martwych, w tym konkretnym wypadku chronicznie zepsutego telefonu i skasowanej książki adresowej. Z rozbrajającą szczerością, kilkakrotnie w ciągu rozmowy powtarzając, że kilka aparatów z rzędu mu nie chciało działać, ze wszystkiego się wytłumaczył. I… może i jestem naiwna. Ale cała złość mi przeszła jak ręką odjął.
Dałam mu swój numer. Możliwe, że i to nie było najmądrzejszym posunięciem, ale skoro padło stwierdzenie, że “jeszcze się umówimy”, to czemu by trochę nie pomóc szczęściu?
To wszystko oczywiście nie zmienia faktu, że prawdopodobnie zachowałam się jak idiotka. Gdy siadł w towarzystwie kolegów (i panny Koleżanki, rzecz jasna), nie byłam w stanie do niego podejść i rzucić takie zwykłe: “Słuchaj, sorry, że przeszkadzam, ale mogę cię porwać na chwilę?”. Nie potrafię tego wyjaśnić… Może po prostu nie uważam, żeby wpieprzanie się między wódkę a zakąskę było na miejscu? Tak czy siak dopadłam go dopiero, kiedy odszedł od nich na chwilę, tuż przed moim wyjściem z imprezy. Wolę nie myśleć, jak to wyglądało.